"Koham Cieu" - Agnieszka Cichocka [Przedpremierowo]

"Koham Cieu" Agnieszki Cichockiej zapowiadało się dość ciekawie. Bo któż z nas dziś nie korzysta z portali społecznościowych, gdzie można poznać ludzi z całego świata?  Każdy z nas w dobie internetu porozumiewa się za pomocą komunikatorów. Ale czy to jest temat na dobrą powieść?

Laura Sebastian - Księżniczka popiołu



O debiucie Laury Sebastian – „Księżniczce popiołu” słyszałam już wiele skrajnych opinii. Niektórzy ją pokochali, a niektórzy znienawidzili. Nie mogłam, więc nie przeczytać tej książki i nie wyrobić sobie o niej mojej własnej opinii! Czy ją pokochałam? Raczej nie. Czy znienawidziłam? Na pewno nie. Okazało się, że nie taki diabeł straszny, jakim go malują, a książka przez piękną okładkę po prostu dla niektórych czytelników złożyła obietnicę, której nie mogła spełnić. O tym jaka moim zdaniem jest „Księżniczka popiołów” zapraszam do lektury poniżej.  

Tytuł: Księżniczka popiołu
Autor: Laura Sebastian
Wydawnictwo: Zysk i S-ka 

Theodosia w wieku sześciu lat była świadkiem zabójstwa swojej matki, Królowej Ognia, oraz upadku całego królestwa Astery. Bezlitosny Kaiser odebrał jej wszystko, oprócz życia. Przez dziesięć lat, była księżniczka Astery, Thora żyje w niewoli w zamku, w którym się kiedyś wychowywała. Jest symbolem złamanego kraju, wiadomością dla podbitego ludu. Jej plecy noszą wiele blizn, starszych, nowszych, a wszystkie z nich są historią stłumionych buntów jej rodaków, za które ona ponosiła kary. Bezsilnie znosi codziennie obelgi, kpiny oraz fizyczną przemoc, kurczowo trzymając się jedynej rzeczy pozostawionej przez Kaisera, swojego życia, ponieważ  w końcu jest księżniczką niczego – księżniczką popiołu. Jednakże pewnego dnia, Thora jest zmuszona do zrobienia czegoś okropnego. To sprawia, że zaczyna się w niej tlić pragnienie buntu i uwolnienia królestwa spod jarzma okrutnego najeźdźcy. Po dziesięciu latach niewoli budzi się w niej Theodosia, która zrobi wszystko by zakończyć panowanie bezlitosnych Kalovaxian.  


„Księżniczka popiołu” zaczyna się bardzo brutalnie. Główną bohaterkę poznajemy w najtragiczniejszych momentach w jej życiu – zarówno w prologu, jaki i na pierwszych stronach powieści dotykają ją rzeczy niewyobrażalne. W tym cierpieniu nasza bohaterka pozostaje praktycznie sama. Mimo tak strasznego dzieciństwa i czynu, który musiała dokonać, odnajduje w sobie sama siłę, by walczyć o swój lud, o swoje królestwo. W momencie kiedy staje przed wyborem – ucieczka i spokojne życie, gdzieś w innym kraju, a walka i knucie intryg, paradoksalnie wybiera to drugie, ponieważ w głębi siebie wie, że może być ona ostatnią nadzieją na zmianę i rebelię. Bardzo mi się podobało, że bohaterka mimo całego życia pod okiem Cieni i otrzymywania ograniczonego zapewne wykształcenia, jest w stanie uwierzyć w swoją siłę i postarać się jak najbardziej przysłużyć rebelii. Z tego powodu byłam w stanie wybaczyć jej pewne zachowania, a nawet zrozumieć, ponieważ to jak bardzo jej życie było kontrolowane i to jak duże cierpienie fizyczne i psychiczne towarzyszyło jej przez tyle lat nie mogło przerodzić się za bardzo w nic innego. Trudno oczekiwać od bohaterki, która większość życia spędziła w niewoli, by nagle stała się aniołem zemsty niosącym postrach w szeregach wrogów. Pozostali bohaterowie w powieści są raz lepiej, raz gorzej napisani. Moim zdaniem „Księżniczka popiołu” cierpi na syndrom nieciekawego głównego złego. Kaiserowi brakuje charyzmy, jakiejś głębi, wydarzeń z życia, w które w jakiś sposób mogłyby tłumaczyć jego postępowanie. Tak samo jeden z jego najlepszych generałów – Theyn. Znacznie lepiej wypadają natomiast ich dzieci. Soren i Cress, to moim zdaniem jedne z najciekawszych postaci w powieści. Przechodzą one bardzo dużą drogę i rozwijają się w dość wyjątkowy sposób. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że autorce bliższe jest tworzenie młodych postaci aniżeli starszych, co w tym wypadku ma swoje plus, ale również i minusy.


W książce pojawia się wiele schematów znanych już czytelnikom z innych powieści z gatunku młodzieżowej fantasy. Mamy tu młodą następczynię tronu podbitego kraju, która chce odzyskać swój kraj i stać się królową dla swojego ludu, który cierpi pod butem okupanta, trójkąt miłosny, dworskie intrygi oraz przerysowanego okrucieństwem władcę, którego trzeba pokonać. Mimo swojej schematyczność, to książka miejscami broni się naprawdę dobrze. Schematy w tej powieści po prostu działają raz dobrze, a raz źle. W „Księżniczce z popiołów” mimo buntowniczych wątków nie uraczymy zbyt wiele akcji. Przez książkę idzie się dość jednostajnym tempem, a wydarzenia w niej następujące nie wzbudzają w nas większego zaskoczenia. Dopiero pod koniec Laura Sebastian pokazuje, że jest w stanie zaskoczyć czymś czytelnika, co daje bardzo dobrą prognozę na następne tomy tej serii.


 „Księżniczka popiołów” jednak miała coś w sobie, co mnie do niej przyciągnęło. Zdecydowanie była to lepsza książka niż recenzowane przeze mnie ostatnio „Narodziny królowej”. Książka Laury Sebastian bardziej mnie czytelniczo zaangażowała i cierpiała na syndrom głupotek mniejszym stopniu niż inne jej podobne książki. Jeżeli chodzi o wykreowany w powieści świat, to jest on całkiem dobrze zbudowany, jak na powieść młodzieżową. Bardzo spodobał mi się motyw czerpania mocy z kamieni, co przyjemnie przypominało mi o serii Czarne kamienie Ann Bishop, którą uwielbiam. Również za interesujący uważam wątek pochodzenia mocy pod Bogów i kwestionowania samej wiary w nich – na tym polu autorka naprawdę bardzo dobrze się spisała. Jednak mimo wszystko nie udało się Laurze Sebastian nie popełnić nagminnego w YA fantasy błędu, czyli pokazania po łebkach czytelnikowi praw rządzących tym światem. Magia istnieje, bo tak. Również nie jest wyjaśnione, kto może się tą magią posługiwać i dlaczego. Nie mówię tu o pełnym naukowym wykładaniu magicznych praw w książce, ale stawianie sprawy przed czytelnikiem „jest tak bo tak” sprawia, że mniej wierzy się w wizję autora i to, co chce nam opowiedzieć. W „Księżniczce popiołu” autorka trochę to zaniedbała, jednakże warto pamiętać, że jest to pierwszy tom serii i szczerze żywię nadzieję, że w przyszłych tomach otrzymamy w końcu więcej satysfakcjonujących nas odpowiedzi.


Muszę jeszcze wspomnieć, że zawiodłam się trochę na mapce na wewnętrznej stronie okładki. Mimo ładnego wykonania miałam wrażenie, że autorka stworzyła ją w sposób dość losowyi nieprzemyślany. Jeżeli przyjrzymy się podbitym krajom i innym państwom, które opierają się potędze Kaisera, to od razu praktycznie narzucają nam się pytania „jak?” i „dlaczego?”. Akcja dzieje się w świecie, w którym większość krain znajduje się na wyspach, których położenie poddaje pod wątpliwość sam kierunek podboju okrutnego władcy, a tym bardziej osiedlenie się jego na Astrei. Spowodowało to, że tylko w wyjątkowych momentach sięgałam po tę mapkę, ponieważ zgłębianie się w nią powodowało od razu, że czułam w kościach, że jest z nią coś mocno nie tak, jak powinno.

Na pewno sięgnę po następne tomy, jakie ukażą się w tej serii. Ciekawa jestem, jak autorka dalej poprowadzi akcję i czy może pokaże czytelnikom coś więcej z wykreowanego przez siebie świata. Daję Laurze Sebastian w tym momencie kredycik zaufania i mam nadzieję, że nie zawiodę się na kontynuacji „Księżniczki popiołu”.

Za egzemplarz recenzencki Wydawnictwu Zysk i S-ka!



Keylah Missen - Sekretnik współczesnej czarownicy

Witaj w świecie magii, dzięki której spełniają się marzenia!
Ludzie od zarania dziejów wykorzystują czary i zaklęcia, by wpływać na swoje zdrowie, powodzenie, piękno i dobrobyt. Magia stanowi sposób, w jaki nasza podświadomość może wejść w relację z energiami Ziemi i kosmosu, by ich siły nam sprzyjały.
źródło



Muza obiecuje, że Sekretnik współczesnej Czarownicy, to praktyczny i przystępnie napisany poradnik stosowania zaklęć i czarów. Jego zadaniem jest pomoc w odnalezieniu klucza do obudzenia w sobie własnej mocy i sprawienia by była ona możliwa do poskromienia.

Tytuł: Sekretnik współczesnej Czarownicy
Autor: Keylah Missen
Wydawnictwo: Muza

Sekretnik współczesnej Czarownicy przykuwa uwagę piękną, minimalistyczną okładką, która mieni się cudownymi kolorami. Księżyc zapowiada magiczny klimat, czy jednak wnętrze jest równie piękne?

Na pierwszy rzut oka w środku znajdziemy piękne wnętrze, powiedziałabym wręcz urocze. W środku jest mnóstwo czarnobiałych grafik, które dobrze komponują się w jedną całość, wygodne i przejrzyste tabele. Czcionka ma wygodny rozmiar, interlinia nie jest za duża, dzięki czemu czytanie go jest bardzo wygodne.

A tak całkiem serio w poradniku znajdziemy kilka słów na temat tego, że magia i czary nie tylko istnieją, co nas otaczają. Poznamy podstawowe pojęcia magiczne, takie jak: rytuał, czar, medytacja, czy zaklęcie. Dowiemy się więcej na temat energii, aur, czakr, samouzdrawiania i równowagi energetycznej, poznamy różnicę pomiędzy białą, a czarną magią i zgłębimy znaczenie kolorów.

To oczywiście nie wszystko, bo w poradniku znajdziemy również podstawowe symbole alchemiczne, w tym runy wikińskie, dokładnie rozrysowane i krótko omówione, podobnie jak symbole druidyczne, oczywiście w zestawieniu nie zabrakło również alfabetu kabalistycznego, czy omówienie wszystkich kart tarota.




Ponadto poznamy historię stworzenia świata i człowieka, autorka wymienia wszystkie bóstwa pogańskie i przy tym krótko je omawia, w zestawieniu znajdziemy zarówno bogów egipskich, jak i greckich. Oprócz tego dowiemy się jak uwierzyć i skontaktować się z dobrymi duchami.

Z racji tego, że to poradnik znajdziemy w nim również bardziej praktyczne informacje. Dowiemy się jak korzystać z wahadła, wybrać lub stworzyć athame. Poznamy metody tworzenia czarów oraz jak z pomocą charakterystyki godzin planetarnych wybrać odpowiedni moment na ich wykorzystanie. 

Autorka przedstawia również sposoby medytacji i kilka przydatnych rytuałów, które można wykonać na łonie natury, m.in. medytację pozwalająca poznać zwierzę totemiczne. W poradniku opisano również codzienny rytuał ochronny, czy te wspierające relacje rodzinne.

Podsumowując, Sekretnik współczesnej czarownicy, to ciekawa i nietuzinkowa pozycja na rynku. Pięknie wydany będzie stanowił prezent dla wszystkich zainteresowanych magią w naszym życiu. Jednak prawdziwie zainteresowani pewnie niewiele tam znajdą. Autorka w książce wspomina o tak bardzo wielu tematach, że nie ma możliwości omówienia ich w sposób  wyczerpujący.


Za egzemplarz dziękuję 
wydawnictwu


Mary E. Pearson - Zdradzieckie serce



Kolejna odsłona serii Kronik ocalałych Mary E. Pearson. Po całkiem przyzwoitym, jak na serię młodzieżową fantasy, pierwszym tomie nadszedł czas na kolejną część. Przyznam, że autorka wiedziała w jakim momencie zawiesić akcję w „Fałszywym pocałunku”, ponieważ „Zdradzieckiego serca” wprost nie mogłam się doczekać. Moja cierpliwość została nagrodzona  i w końcu mogłam poznać dalsze losy Lii, Rafa i Kadena. Czy jestem zadowolona z kontynuacji? O tym przekonacie się czytając moją opinię ;)!

Tytuł: Zdradzieckie serce
Autor: Mary E. Pearson
Wydawnictwo: Initium

Lia i Rafe trafiają jako jeńcy do królestwa Vendy. W tym barbarzyńskim mieście będą musieli przybrać nowe maski, za którymi ukryją swoje prawdzie oblicza i zamiary. Rozpoczynają grę z Komizarem  balansując niebezpiecznie między życiem a śmiercią, ponieważ tylko fakt, że oboje mają coś do zaoferowania silnemu władcy sprawia, że pozostają przy życiu. Czy uda im się wygrać grę pozorów z przebiegłym Komizarem i jakie plany ma władca Vendy wobec Pierszej Córki i jej daru? Wkrótce Lia będzie musiała dokonać wielu wyborów, które zaważą na jej życiu, kraju oraz przeznaczeniu.


„Zdradzieckie serce” okazało się naprawdę bardzo dobrą kontynuacją „Fałszywego pocałunku”. Autorka sprawnie pociągnęła akcję do przodu pokazując czytelnikowi, jak wiele do zaoferowania ma wymyślony przez nią świat. Mimo że akcja dzieje się przez całą książkę tylko w jednym mieście, nie tracimy poczucia odkrywania czegoś nowego. Razem z bohaterami musimy zmierzyć się z nieprzyjaznymi ziemiami, na których roztacza się królestwo Vendy oraz musimy poznać zwyczaje jego mieszkańców. To zderzenie kulturowe ma znaczy wpływ na bohaterów, zwłaszcza na Lię. Okazuje się, że mieszkańcy tych terenów, to nie są w większości okrutni barbarzyńcy, ale prości ludzie żyjący pod restrykcyjnym prawem na nieurodzajnych ziemiach. Lia staje się dla nich symbolem, promykiem nadziei, co zmienia jej podejście do wielu spraw. Odkrywa ona rzeczy, o których wcześniej nie miała pojęcia i uświadamia sobie, że żyła w dużej sieci kłamstw.


Bardzo podoba mi się rozwój głównej bohaterki. Z niewidzącej nic poza czubkiem swojego nosa dziewczyny, zmienia się w świadomą swojej pozycji i daru kobietę, która mimo że może wydawać się słaba, to jednak okazuje się ważnym graczem, w grze o władzę między królestwami. Czuje ona zew przeznaczenia i nie zaprzecza jego istnieniu. Czasami w powieściach spotykamy bohaterów, którzy mimo że poznają teksty mówiące o ich roli w przyszłych wydarzeniach, to po prostu je ignorują albo o nich zapominają. Tego zdecydowanie nie można powiedzieć o Lii. Ona sama te teksty analizuje i zdaje sobie sprawę z tego, że może w przyszłości odegrać bardzo ważną rolę. Ta świadomość sprawia, że jest ona bohaterką pewną siebie przez co znajduje wyjście z każdej szalonej i nieprzewidywalnej sytuacji, w której się znajdzie. Jeżeli chodzi o pozostałych bohaterów, to czuję pewien niedosyt. Mimo że nadal otrzymujemy rozdziały z punktu widzenia księcia Rafa oraz zabójcy Kadena, to czułam, że można by było jeszcze coś o nich więcej powiedzieć. Jednakże wiem, że prawdopodobnie mój apetyt zostanie zaspokojony w trzecim tomie, więc jestem o to spokojna.  Zastanawiam się również nad wątkiem Pauline. Rozdziałów poświęconych tej postaci jest bardzo malutko w tej części. Ciekawa jestem jaką rolę do odegrania przygotowała dla niej autorka. Mam nadzieję, że w finalnym tomie znajdzie on swoje satysfakcjonujące rozwiązanie, bo na razie, jak dla mnie wątek ten spełniał bardziej funkcję takiej zapchaj dziury.


Ten tom, tak jak i poprzedni, wypełniony jest grą pozorów i niedomówień. Mamy znacznie większą ilość intryg, bohaterów z różnymi motywami i niespodziewanych wydarzeń. W „Zdradzieckim sercu” akcja bardzo przyspiesza, co prowadzi nad do finału, który był dla mnie niemałym zaskoczeniem. Autorka znowu to zrobiła! Sprawiła, że oczekiwanie na następny tom będzie dla mnie nie lada wyzwaniem. Tyle jeszcze rzeczy zostało do opowiedzenia, że z jednej strony czuję dużą ekscytację trzecim tomem, natomiast z drugiej obawiam się, że Mary E. Pearson nie podoła zadaniu zamknięcia historii Lii w odpowiedni, satysfakcjonujący sposób. Jeszcze dużo zostało do opowiedzenia i liczę na to, że autorka nie pójdzie na skróty i pozwoli czytelnikowi cieszyć się z świetnego finału. Niestety o tym przekonamy się prawdopodobnie dopiero w przyszłym roku (no może, że ktoś z Was będzie na tyle niecierpliwy, że sięgnie po oryginał ;) ).

"Święta Trójca" - Przemysław Sendziuk [Przedpremierowo]

"Święta Trójca" już od pierwszych linijek porwała mnie na cały wieczór i pół nocy. Zaskoczyła? To mało powiedziane. Chciałam dowiedzieć się czegoś o autorze, zapoznać się z jego dorobkiem literackim. I nic nie znalazłam, więc wnioskuję, że jest to debiut literacki. Kolejny rewelacyjny w Novea Res.

prof. K. McCoy i dr Hardwick - Najnudniejsza książka świata




Jakiś czas temu otrzymałam pewną tajemniczą książkę od Owcy Grażyny. Mimo ogromnych napisów z ostrzeżeniami na tylnej okładce, które oczywiście zignorowałam, zabrałam się do lektury - oto „Najnudniejsza książka świata”!

Tytuł: Najnudniejsza książka świata
Autorzy: prof. K. McCoy i dr Hardwick
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece




Jak tylko zobaczyłam tytuł książki zaproponowanej mi przez Owcę Grażynę, wiedziałam, że podejmę się tego wyzwania i przeczytam książkę, której sam tytuł głosi już, że jest ona najnudniejsza na świecie. Ale na początku zaznaczę, żebyście mnie dobrze zrozumieli, to że jest ona najnudniejsza nie znaczy, że jest najgłupsza! Spokojnie, możecie po nią sięgnąć i obejdzie się to bez większego uszczerbku na Waszym psychicznym zdrowiu, w końcu to nie „Ukryte terapie” Jerzego Zięby ;D. Książka jest oczywiście wydana typowo humorystycznie, ale również można potraktować ją jako eksperyment czy wyzwanie - "Po ilu stronach zaśniesz?".



Należę do osób, które dość późno chodzą spać, co mogliście już zaobserwować po godzinach, w których publikuje moje recenzje. Zaśnięcie to nieustanny problem mojego dnia codziennego, zwłaszcza, że w nawyku mam „jeszcze jeden, ostatni rozdział” przed zaśnięciem. Dlatego z chęcią sięgnęłam po „Najnudniejszą książkę świata”. Z jednej strony czysto rozrywkowej, a z drugiej żeby się przekonać, czy rzeczywiście da się zasnąć z książką w ręce. I tak, Owca Grażyna miała rację, ponieważ już pierwszego „próbnego wieczoru” zasnęłam przy jednym z pierwszych rozdziałów – o Biurokracji w Cesarstwie Bizantyjskim, a książkę znalazłam ranem obok poduszki. Kolejną próbę podjęłam już następnego wieczoru i również nie wytrzymałam i usnęłam przy liczeniu owiec. Książka ta naprawdę potrafi wystawić czytelnika na próbę!



Jednakże wbrew temu, co pisałam wcześniej nie okazała się ona aż tak nudna, jak początkowo mogłoby się to wydawać. Kiedy sięgnęłam po nią o przyzwoitej porze, odkryłam, że jest ona skarbnicą wszelkiej maści ciekawostek. Nic na to nie poradzę, lubię słuchać i pochłaniać niepotrzebną wiedzę. Dlatego śmiało mogę Wam tu napisać, że książka ta będzie idealnym prezentem dla każdego pasjonata ciekawostek, który w towarzystwie zawsze próbuje zaciekawić innych jakimś niepotrzebnym na co dzień faktem. Chyba każdy z nas zna taką osobę, prawda?



„Najnudniejszej książce świata” przeczytamy o katalogu niekorzystnych warunków pogodowych opisanych w książce "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte, o tablicy identyfikacyjnej kaczek, o naprawie kamiennego wału opasującego wyspę North Ronaldsay, o igłach i szpilkach w faktach i liczbach, o miarach gęstości liniowej włókien oraz dowiemy się jak zagrać walczyka Celebrated Chop. Już zdążyliście ziewnąć? A to jedynie wierzchołek góry lodowej tego, co można znaleźć w tej niepozornie wyglądającej książeczce!
Niektóre rozdziały w „Najnudniejszej książce świata”, oprócz funkcji typowo ciekawostkogennej są również dużym źródłem inspiracji do zgłębienia niektórych tematów i pogłębiania swojej wiedzy ogólnej. 
Warto również wspomnieć, że sama książka napisana jest w taki sposób, żeby jak najszybciej uśpić czytelnika. Zdania ułożone zostały tak by samo czytanie stawało się po chwili męczące i usypiające. Zestawienie skomplikowanych słów z prostymi zdaniami sprawia, że nie jest możliwe spędzenie z tą książką więcej niż kwadrans przy jednym czytaniu. 
Autorzy postarali się o to, by książka ta uśpiła nawet najtwardszego czytelnika cierpiącego na bezsenność lub po prostu chcącego szybko zasnąć. Mnie bezapelacyjnie pokonała już pierwszej nocy. A Wy? Jesteście gotowi podjąć to wyzwanie? "Najnudniejsza książka świata" już na Was czeka!



Za możliwość zmierzenia się z „Najnudniejszą książką świata” dziękuję Owcy Grażynie! <3