"Grzechy ojców" - Ruth Rendell

"Grzechy ojców" zostały po raz pierwszy wydane w 1967 roku i jest to druga część po "Z najlepszymi życzeniami śmierci" z serii o komisarzu Wexfordzie. I choć pierwsza część nie powaliła mnie na kolana, to postanowiłam tej drugiej dać szansę i sprawdzić, czy coś zmieniło się na lepsze. 

Becy Chambers - Wspólna orbita zamknięta



Becky Chambers powraca wraz z drugim tomem niesamowitej trylogii science fiction, która pierwszym tomem zawładnęła moim sercem. „Daleka droga do małej, gniewnej planety” była dla mnie pozycją wyjątkową w zeszłym roku, ponieważ znacznie odbiegała od tego, co dotychczas czytałam. Czy tym razem będzie podobnie?

Tytuł:  Wspólna orbita zamknięta
Autor: Becky Chambers
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ponad rok temu odkryłam, że ogromną przyjemność sprawia mi czytanie książek z gatunku science fiction, z tego nurtu czysto rozrywkowego oraz również naukowego. Uważam za fascynujące czytanie o przyszłości ludzkości, jej problemach oraz dylematach moralnych, które mogą dręczyć istoty żyjące w przyszłych latach. Takie książki, moim zdaniem, przesuwają schematy, bawią się nimi i pokazują nam świat, w barwach, których odcienie rzeczywiście będziemy mogli kiedyś w przyszłości zobaczyć. Bardzo się cieszę, że autorzy takich książek poruszają na razie wyimaginowane problemy przyszłości, które może za paręnaście, parędziesiąt, a nawet paręset lat zyskają na swojej aktualności.

W drugim tomie skupiamy się na losach dwóch bohaterek znanych nam już z poprzedniej części. Ciężar opowiadanej historii tym razem z całej załogi przenosi się na te dwie osoby – sztuczną inteligencję Lovelace, która próbuje odnaleźć się w nowym „ciele” oraz zdolną panią inżynier Paprykę. Autorka postanowiła przeplatać rozdziały poświęcone byłej Lovelace czyli, Scarid oraz Jane 24, czyli Papryce. Spowodowało to, że książkę czyta się naprawdę bardzo szybko, ponieważ autorka kończy akcję poszczególnych rozdziałów w taki sposób, że ciągle chcemy wiedzieć więcej. 


"Chcę ci zadać tyle pytań. Sprawiłaś, że zaczęłam myśleć o sprawach, nad którymi nigdy się nie zastanawiałam. Uświadomienie sobie, że się do czegoś nie miało racji, nie jest przyjemne, ale chyba od czasu do czasu dobrze nam robi." 

Pierwsza część historii poświęcona Scarid dzieje się zaraz po wydarzeniach znanych nam z podróży „Wędrowca” do małej, gniewnej planety. Niesamowite jest śledzić los sztucznej inteligencji, która jest samoświadoma i próbuje nie tylko odnaleźć się w nowym dla siebie środowisku i zestawie, ale również próbuje znaleźć swoje własne ja oraz cel w swoim życiu. Natomiast z drugą historią, z która zapoznajemy się w „Wspólnej orbicie zamkniętej”, jest przeszłość Papryki. Nie były to dla mnie łatwe w czytaniu rozdziały, z tego powodu, że non stop miałam przed oczami straszne obrazy z fabryki przetwarzającej fabrykantów z Nowego Seulu w książce/filmie Atlas Chmur. Ta okrutna wizja przyszłości, podana w obojętnie jakiej formie, chyba już zawsze będzie mnie prześladować. Z tego powodu los młodej Jane 24 tak bardzo mnie poruszył, a każdy rozdział jej poświęcony czytałam ze ściśniętym gardłem. Żeby w pełni wyeksploatować w powieści wątek samoświadomej SI autorka postanowiła postawić na drodze młodej Jane Sowę, zamieszkującą porzucony na wysypisku statek. Więź, którą zaczyna rozwijać się między tymi dwiema postaciami jest wyjątkowa i zarazem znamienna w przesłaniu, ponieważ okazuje się, że na całej planecie zamieszkałej przez ludzi dziewczynka ostoję bezpieczeństwa i godnego traktowania znajduje właśnie u myślącej maszyny.


"Uwielbiam się uczyć. Uwielbiam historię. Lecz historia jest we wszystkim. W każdym budynku, w każdym rozmówcy. Nie ogranicz się do bibliotek i muzeów. Myślę, że osoby, które spędzają życie w szkole, czasem o tym zapominają."

Cały drugi tom autorka postanowiła poświęcić problemom związanym z powstaniem samoświadomej sztucznej inteligencji, z czego bardzo się ucieszyłam. Historie, którymi się posłużyła do pokazania problemów, które będzie mogło nieść ze sobą stworzenie tak zaawansowanej technologii, idealnie obrazują kompleksowość tego zagadnienia. Co prawda, autorka w tym temacie jest wyraźnie stronnicza i pokazuję jedną twarz tej przemiany, rozwoju. W jej narracji to właśnie SI, w najbardziej trudnych momentach potrafi pokazać tą ludzką twarz. To właśnie SI niespodziewanie staje się nowym, rozumnym gatunkiem. W powieści został również bardzo obszernie poruszony temat poszukiwania własnej tożsamości i nie ulegania wpływom innych. „Wspólna orbita zamknięta” odnosi się do dyskryminacji, rasizmu, wyobcowania. To niezwykłe, jak wiele problemów autorce udało się zawrzeć w tak niepozornej powieści science fiction. Jest to zdecydowanie kawałek solidnej, mądrej prozy, której czytelniczo warto dać szansę!

Mimo że są to książki fantastyczne z rzeczywistością nie mające wiele wspólnego, albo nawet w całości od niej obiegające, to cenię je za przekaz, inspirację i przyjemność, jaką czerpię z ich czytania. To nie są prorocze wizje, nad którymi mogliby debatować naukowcy, jednak mogą one być inspiracją dla ludzi, którzy będą kształtować przyszłość. Dlatego myślę, że oprócz tej całkowicie rozrywkowej powłoki kryją również pewną naukę.


"Lubię historię, ponieważ jest jest sposobem na zrozumienie innych. Zrozumienie, dlaczego wszyscy jesteśmy teraz tacy, jacy jesteśmy. "

Przyznam, że drugi tom ze względu na poruszane tematy podobał mi się znacznie bardziej niż pierwszy. Z niecierpliwością wyczekuję trzeciego tomu tej wyjątkowej trylogii (a może serii?) i już nie mogę się doczekać powrotu, do wykreowanego przez Becky Chambers świata.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję bardzo Wydawnictwu Zysk i S-ka!



Martyna Senator - Z nicości



Książki Martyny Senator działają jak miód na moje serce. Uwielbiam się w nich zaczytywać w towarzystwie cieplutkiej herbatki. Bardzo się cieszę, że „Z nicości” dopiero ostatnio wpadło w moje ręce, ponieważ cudownie rozgrzało mi serce w jeden z pierwszych, zimnych, jesiennych wieczorów.

Tytuł: Z nicości
Autor: Martyna Senator
Wydawnictwo: Czwarta Strona

„Z nicości” jest kolejną częścią serii z gatunku young adoult polskiej pisarki Martyny Senator, opisującą losy młodych dorosłych w malowniczym Krakowie. Możecie przeczytać ją nie znając poprzednich części, jednak polecam zachować porządek chronologiczny, ponieważ akcja bynajmniej nie dzieje się paralelnie. Więc jeżeli nie mieliście jeszcze do czynienia z tą serią i poczuliście się zainteresowani, to odsyłam Was do moich opinii na temat pierwszego tomu –  „Z popiołów” – oraz drugiego tomu – „Z otchłani”. Wszystkie inne osoby zapraszam do przeczytania moich przemyśleń o „Z nicości”.


„Na zewnątrz możemy udawać twardych i niewzruszonych. Ale w głębi serca wszyscy szukamy miłości. Pragniemy być kochani. Czuć się potrzebni. Mieć własne miejsce, w którym moglibyśmy być sobą.”
Tym razem poznajemy historię, znanego nam z poprzednich tomów, tatuażysty Kuby oraz Elzy, która mając zaledwie jedną walizkę z całym swoim dobytkiem zmierza do Krakowa. Tych dwoje nieznajomych spotyka się całkowicie przypadkiem na jednej z stacji benzynowych, z której później kontynuują już wspólnie podróż do byłej stolicy Polski. Tak jak miało to miejsce w poprzednich tomach tej serii, tak i w tym mamy do czynienia z historią miłosną dwójki młodych ludzi, których życia zdecydowanie odbiegają od słodkiej bajki. Nękani przez demony przeszłości, wkrótce będą musieli stawić im czoła. Jednak ukryte rany i tajemnice z przeszłości mogą zaważyć na rozwijającym się między nimi uczuciu.


„ – To runa Inguz – wyjaśniam. – Symbolizuje wewnętrzną siłę i spokój. Przypomina, że w każdym z nas płonie ogień. Może teraz go nie czujesz, ale pewnego dnia go odkryjesz. A wtedy nic nie będzie w stanie go ugasić.”
Byłam pewna, że autorka wkrótce przedstawi nam zbuntowanego i wyjątkowo wrażliwego tatuażystę Kubę, dlatego już od pierwszego tomu wyczekiwałam części, która będzie mu poświęcona. Postać ta urzekła mnie już między wierszami w poprzednich tomach, jednak dopiero w „Z nicości” mogłam go bliżej poznać. Jest to chyba najlepsza męska postać męska, o której czytałam w tej serii. Historia, którą ma czytelnikowi Kuba do opowiedzenia jest zdecydowanie warta poznania i nie będę ukrywać, że  właśnie najbardziej do gustu przypadł mi ten osobny wątek Kuby i jego biologicznego ojca. Ich relacja jest bardzo skomplikowana, naznaczona bólem, cierpieniem i winną, o której nikt nie jest w stanie zapomnieć. Ran na duszy, które nosi Kuba i jego ojciec nie da się do końca uleczyć. Jednak można próbować zszyć je, by więcej nie krwawiły. Kuba będąc sterem w próbie odbudowy tej relacji, udowadnia swoją ogromną dojrzałość. Bardzo wzruszył mnie ten wątek, a scena, w której ojciec Kuby pyta go, czy chciałby z nim w przyszłości pójść na ryby, sprawiła, że wprost zalałam się łzami wzruszenia.


„To nie jest zwykły pocałunek. To przeprosiny, obietnica i prośba. Połączenie zmysłowości i słodyczy, które kojarzy się z nadejściem wiosny. Topi lody, rozgrzewa zmarzniętą ziemię i budzi do życia.”
Historia Elzy również bardzo mocno mnie poruszyła. To, czego doświadczyła ta dziewczyna nie da się opowiedzieć na spokojnie. Jak cienka jest czasem linia pomiędzy pełnią szczęścia, a bolesną, okrutną rzeczywistością. Większość dziewczynek marzy o swoim księciu z bajki, jednak znalezienie go nie jest proste i zawsze warto mieć się na baczności by nie wpaść w sidła potwora kryjącego się za przystojną maską. 
Miałam jednak wrażenie, że wątek Elzy w tej serii stał się trochę powtarzalny. W „Z popiołów” jest on znacznie mniej eskalowany, natomiast w „Z nicości” osiąga on o wiele bardziej straszniejszą formę. Nie chcę w żadnym wypadku umniejszyć temu, co autorka chce przez to przekazać czytelnikom, ponieważ sama uważam, że warto mówić o przemocy i należy otwarcie piętnować takie zachowania, jednak poruszanie tego samego tematu, w tej samej serii trochę zawiodło moje oczekiwania, które były skierowane na nowy, inny problem. Chociaż jeszcze raz podkreślę, że nie poczytuję tego za wadę, a nawet uważam za słuszne, że autorka ponowienie się ku temu problemowi schyla, jednak moim zdaniem powinna go ubrać w inne szaty niż polegać na schemacie problem-ucieczka do innego miasta-powracające demony z przeszłości.

Jeżeli chodzi o wspólną historię Elzy i Kuby, to niestety nie zauważyłam tej iskry pomiędzy nimi. Brakowało mi pogłębienia łączącego ich uczucia, które podczas lektury pojawiło się tak niewytłumaczalnie, od razu. Wiem, że taka jest miłość - nieprzewidywalna i działająca z zaskoczenia, jednak to, co wydarzyło się między Elzą a Kubą i dodatkowo mając na względzie ich osobne problemy, powinno w moim odczuciu inaczej na nich wpłynąć. I może nie przeszkadzało by mi to tak bardzo, gdyby nie zakończenie. Byłam w głębokim szoku, jak czytałam o reakcji Kuby, na odkryty sekret Elzy. Zachowywał się absolutnie jak inny człowiek! Ta wrażliwość w relacji z ojcem, znajomymi i nawet z klientami oraz jego postawa pełna zrozumienia i poświęcenia z całej reszty powieści, nagle znika, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie mogłam uwierzyć, że Kuba zachował się tak, a nie inaczej - nie pasowało mi to do jego obrazu, w  który autorka pozwoliła mi wierzyć. 


„ – Kiedyś przestaniesz się bać – mówię, cieniując rozpostarte skrzydła – Poczujesz się całkowicie wolna i będziesz latać tak wysoko, jak tylko zapragniesz.”
Moim ulubionym tomem pozostanie, jak na razie „Z otchłani” i liczę na kolejną piękną historię oraz nowe wątki i bohaterów w kolejnym tomie, którym z tego, co zdążyłam się dowiedzieć na profilu autorki będzie nosił tytuł „Z cienia”. Na pewno sięgnę po ten tom i mam nadzieję, że tak jak poprzednie umili mi czytelniczy wieczór :).

Mieliście okazję zapoznać się już z tą serią? Który tom jest Waszym ulubionym? Dajcie znać!

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona!



"Czego nie powiedziałam" - Małgorzata Garkowska

Twórczość Małgorzaty Garkowskiej jest mi doskonale znana. Z recenzją jej poprzedniej książki "Spotkamy się przypadkiem" mieliście okazję zapoznać się tutaj. Kiedy zobaczyłam, że na rynku wydawniczym pojawiła się jej kolejna książka, byłam pewna, że ją przeczytam. Czy była tak świetna jak poprzednia? A może nawet lepsza? Przekonajcie się.

Ilona Andrews - Magia wskrzesza



Już chyba wiecie, że jest taka seria, której ani jednego tomu nie odpuszczę. Będę Wam polecać ją, jak tylko nadarzy się ku temu okazja, bo naprawdę zapoznać się z nią zapoznać! U boku Kate Daniels nie ma mowy o nudzie, ponieważ absolutnie każdy tom naładowany jest akcją, świetnie wykreowanymi bohaterami i skomplikowanymi, magicznymi intrygami. Gotowi? Zapnijcie pasy, bo przed Wami szósty tom serii o Kate Daniels – „Magia wskrzesza”.

Tytuł: Magia wskrzesza
Autor: Ilona Andrews
Wydawnictwo: Fabryka Słów

Po lekturze „Magia wskrzesza” zrozumiałam decyzję wydawnictwa odnośnie do zmiany kolorystyki szóstego tomu. Początkowo w zapowiedziach, jak i nawet w zajawce w tomie piątym, szósty tom jawił się w barwach przydymionej zieleni, by po niedługim czasie ulec przemianie na iście ognisty czerwony. Wydawnictwo nie mogło podjąć lepszej decyzji, ponieważ ten kolor idealnie oddaje wydarzenia w książce. Zielony byłby w tym przypadku niecną zasłoną dymną, która niepotrzebnie mogłaby wpłynąć na nasze wyobrażenie o szóstym tomie. Ta czerwień jest idealna, zaprawdę wierzcie mi.


Kate i Curran po raz kolejny razem będą musieli przezwyciężyć problem, który dotknął mieszkańców Atlanty. Tym razem w poważnym niebezpieczeństwie znalazły się dzieci Gromady, które zmieniają się w nieopanowane, krwiożercze loupy, co w konsekwencji prowadzi do ich śmierci, ponieważ ich ciała nie są w stanie znieść procesu zmiennokształtności. Uchronić przed tym okrutnym losem może je tylko ciężkie w zdobyciu lekarstwo. Więc kiedy nadarza się okazja, by je zdobyć, Kate i Curran nie wahają się ani chwili, mimo że wiedzą, że zlecenie, które mają wykonać w Europie, może okazać się pułapką…  

Magia w tej serii nie słabnie, a nawet powiedziałabym, że jest silniejsza. To kolejny tom wyjątkowej przygody, na który czekałam bardzo długo. Mnóstwo akcji, intryg i nieoczekiwanych zwrotów wydarzeń – to jest to, co uwielbiam w każdej części tej serii. Kate znowu jest niesamowita. Curran, no może trochę mniej niż zawsze, ale nadal go bardzo lubię. A inne postacie? Wyjątkowe. Może okazać się, że w tym tomie całkiem inaczej spojrzycie na znanych już bohaterów. Jedno jest pewne, dzieje się i to naprawdę bardzo dużo.


W „Magii wskrzesza” autorzy postanowili pójść o krok dalej i pokazali czytelnikowi, jak wygląda reszta świata, w którym żyje Kate. Odpowiadało to moim wyobrażeniom, w związku z czym nie zawiodłam się na tym, co duet Ilona Andrews stworzył w tym tomie. Jest tak, jak być powinno, trochę mrocznie z szczyptą magii, która niesie ze sobą nie tylko zagrożenie, ale również i nadzieję. Ta książka była dla mnie istnym emocjonalnym rollercoasterem. Płakałam, śmiałam się, krzyczałam z frustracji i wiwatowałam, a moje serce pękało na kawałeczki, by za chwilę znów połączyć się w jedno.

Nie jest przesadą stwierdzenie, że książka ta przeprowadzi czytelników przez emocjonalną prasę. Kate i Curran nie tylko walczą o lekarstwo, by uratować dzieci zmiennokształtnych, ale również walczą z emocjami w samych sobie. Ilona Andrews stawia wszystko na linii, potrząsając nim i przeciągając nas raz na jedną, a raz na drugą stronę. Można powiedzieć, że "Magia wskrzesza" jest nieco dramatyczna, a nawet melodramatyczna, jednak niech to Was nie odstraszy, ponieważ to, co dzieje się w tej części między Kate a Curranem, podnosi temperaturę zdecydowanie poza skalę. 


Po raz kolejny nie zawodzę się na tym perfekcyjnym, pisarskim duecie. Seria o Kate Daniels jest już całkiem sporym kawałkiem bardzo dobrego urban fantasy, Przy tych książkach na pewno nie będziecie się nudzić. To chyba jedyna seria, której mogę wybaczyć naprawdę bardzo dużo głupotek, czy pewnych niedociągnięć fabularnych, ponieważ po prostu przy każdej książce się świetnie bawiłam. Są one dla mnie niczym lekarstwo w gorsze dni i zawsze odkładając je nie mogę powstrzymać pełnego zadowolenia uśmiechu. Śmiało mogę powiedzieć, że seria o Kate Daniels należy do moich ulubionych. Już na zawsze i kropka.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Fabryka Słów!



"W samym środku zimy" - Isabel Allende [Przedpremierowo]

Kiedy otrzymałam propozycję zrecenzowania najnowszej powieści Isabel Allende postanowiłam zapoznać się notą wydawniczą. Zapowiadała ona świetną lekturę na wieczór. Jednak męczyłam się z nią przeszło tydzień (a ma niecałe 350 stron). A kiedy przeczytałam ostatnią stronę, odetchnęłam z ulgą i stwierdziłam, że na szczęście to już koniec.