"Zagubiona" - Katarzyna Michalak


Na powieści Katarzyny Michalak zawsze czekam z ogromnym zainteresowaniem, zastanawiam się, czym tym razem zaskoczy czytelników. I nie zawiodłam się jeszcze. A jej najnowsza powieść "Zagubiona" jest bardzo "mocna".

Karina Bonowicz - Gdzie diabeł mówi dobranoc. Księżyc jest pierwszym umarłym



Dawno już nie czułam takiego rozdarcia po przeczytaniu książki. W większości przypadków potrafię stwierdzić, czy dana pozycja mi się podoba czy też nie. Oczywiście zdarzają się książki, które w mojej opinii nie są złe, ale równocześnie nie są też i dobre. Zazwyczaj w takich przypadkach narzekam  przede wszystkim na zmarnowany potencjał czy też słabe rozwinięcie głównych postaci. Jednak czasem zdarzają się takie książki jak "Księżyc jest pierwszym umarłym", które już podczas lektury wzbudzają we mnie skrajne emocje zostawiając mnie na koniec oniemiałą. W takich chwilach rozumiem, jak to jest coś kochać i równocześnie nienawidzić.

Tytuł: Gdzie diabeł mówi dobranoc. Tom pierwszy. Księżyc jest pierwszym umarłym
Autor: Karina Boniewicz
Wydawnictwo: Initium

Osierocona po tragicznym wypadku rodziców Alicja trafia pod opiekę niepoznanej nigdy wcześniej ciotki do małego podkarpackiego miasteczka. Nastolatce trudno pogodzić się tą zmianą, jak i odnaleźć w położonym na odludziu Czarcisławie, tak różnym od zamieszkiwanej przez nią wcześniej Warszawy. Sprawy nie ułatwia to, że wszyscy mieszkańcy tego dziwnego miasteczka nie dość, że wydają się wiedzieć o niej wszystko, to jeszcze sami ukrywają swoje własne mroczne sekrety. Szybko okazuje się, że nic nie jest takie jak się wydaje, a magia i legendy to nie jedynie szaleńcze mrzonki.



Mam ogromne pretensje do Dominika Brońka, który jako pierwszy zachęcił mnie do sięgnięcia po tę książkę. Oczywiście, wiem że to nie jego wina, ale nigdy nie jestem w stanie oprzeć się jego ilustracjom, którym wprost uwielbiam się przypatrywać. Z tym ilustratorem mam tak, jak z nazwiskiem George'a R.R. Martina na okładce - po prostu biorę w ciemno. I tak też to było w tym przypadku. Zaintrygowana opisem nie pozwoliłam tej książce za długo leżeć na półce. Usiadłam wygodnie w fotelu i rozpoczęłam lekturę.

Pierwsze strony czytało mi się dość szybko, choć nie obyło się bez redakcyjnych gaf już na samym początku, które łatwe do zauważenia, wzbudziły we mnie zdziwienie i zażenowanie. Starając się być niezrażona kontynuowałam lekturę, jednak im dalej w las tym bardziej szargały mną różne, czasem nawet wykluczające się uczucia. "Księżyc jest pierwszym umarłym" czyta się dobrze, czyta się szybko. Jednak ja mimo tego musiałam robić sobie czytelnicze przerwy, ponieważ nie mogłam znieść tego wylewającego się z każdej strony sarkazmu i czarnego humoru. Ta ilość po prostu mnie przytłoczyła. Początkowo mogło być to zabawne i poczytne, jednak momentami byłam wręcz zmęczona tymi "błyskotliwymi" wypowiedziami czy przemyśleniami bohaterów. Rozumiem, że dla niektóry może być to ogromna zaleta, ale to po prostu nie moja bajka.

W książce znajduje się multum nawiązań do popkultury, z której autorka bierze garściami. Jednak robi to w bardzo niekontrolowany sposób, co sprawia, że często niektóre powiedzonka stają się dla czytelnika kolejny odgrzewanym kotletem. Czasami miałam wręcz ochotę niczym ten pan z zegarem zacząć krzyczeć "It's time to stop". 


Kolejną rzeczą o, której muszę wspomnieć jest ta szalejąca perspektywa. Lubię bardzo, jak autor daje możliwość obserwacji czytelnikowi świata przedstawionego z różnych perspektyw. Rozszerza to bowiem pogląd na wydarzenia rozgrywające się w powieści, ale jeszcze nigdy nie natrafiłam na tak miejscami tragicznie pomieszanie narracji, jak w tej książce. Zdarzało mi się parę razy czytać stronę po dwa razy, ponieważ zmiany w narracji były nagłe, nieprzemyślane i pozbawione sensu. Nie dość, że nie wprowadzały tego dodatkowego, nowego spojrzenia na dane wydarzenia, to jeszcze je niepotrzebnie komplikowały. 

Jeżeli chodzi o głównych bohaterów, to podczas lektury miałam wrażenie, jakby każdy z nich był niestabilny emocjonalnie, a co najgorsze, pisany na jedno kopyto. Praktycznie wszyscy główni bohaterowie w tej powieści mają ostry język, są aroganccy, a zamiast rozmawiać wolą krzyczeć. Sprawia to, że ciężko żywić szczerą sympatię do jakiegokolwiek bohatera w tej książce. Możemy ich lubić za cięte riposty i trafne przytyki, ale niestety trudno nam będzie w nich uwierzyć.




Pewnie teraz się zastanawiacie - o jakim rozdarciu pisałam na samym początku, skoro w poprzednich akapitach praktycznie cały czas narzekałam? To proste. Ponieważ mimo tych wszystkich mankamentów, które wzbudziły we mnie takie emocje, nie mogę zaprzeczyć temu, że sama ta historia mi się podobała. Uwierzyłam w ten położony gdzieś na uboczu Czarcisław i jego dziwactwa. Guślniacy, nocnice, strzygonie czy wilkodlaki - to wszystko tutaj dobrze gra. Jak w typowej powieści z elementami paranormalnymi dla młodzieży, do której już zawsze będę czuć nostalgię. Jednak nie będę zaprzeczać - ciągle w moim sercu walczą ze sobą dobre i złe uczucia do tej książki. Nie jestem w stanie wskazać na ten moment, które zwyciężą, przeważając o mojej ostatecznej ocenie i nie wiem czy w ogóle stanie się, to w najbliższym czasie.

Nie jestem pewna, czy w przyszłości powrócę do tej serii, ponieważ jak sugeruje okładka i zakończenie, nie będzie to jednotomowa przygoda. Jestem przekonana, że jak tylko pojawi się drugi tom, to nie sięgnę po niego. Podejdę, poprzyglądam się, ale nie sięgnę - może kiedyś, kiedy kurz opadnie przekonam się, że warto, bo jest lepiej, mniej chaotycznie. Na razie jednak, pasuję.


Marie Lu - Warcross


Zdecydowanie mogę powiedzieć o sobie, że lubię grać w gry. Przede wszystkim często wsiąkam w produkcje, które do zaoferowania mają bogaty świat i pięknie wykreowane historie, ale również zdarza mi się przesiedzieć parę ładnych godzin w popularnych sieciowych grach zespołowych. Dlatego, jak tylko usłyszałam o jednej z nowości od młodziutkiego Wydawnictwa Młodzieżówka, to wiedziałam, że nie przejdę obok tej pozycji obojętnie. Oto "Warcross"gra, która może kiedyś będzie naszą przyszłością. 

Tytuł: Warcross
Autor: Marie Lu
Wydawnictwo: Młodzieżówka


W niedalekiej przyszłości, młody geniusz i miliarder Hideo Tanaka tworzy Neurołącze, a wraz z nim grę - "Warcross", która szybko podbija serca wszystkich ludzi na świecie. Prawie każdy mieszkaniec Ziemi podłączony jest do Nurołącza, w tym i również mieszkająca w Nowym Jorku osiemnastoletnia hakerka i łowczyni nagród Emika Chen. Z trzynastoma dolarami na koncie oraz zalegającym od dłuższego czasu czynszem staje przed trudnym wyborem i w akcie desperacji postanawia zhakować mecz rozgrywek Warcrossa. Próba kradzieży przedmiotu ze świata gry jednak nie przebiega po jej myśli, przez co trafia od razu na pierwsze strony gazet przyciągając tym samym uwagę samego Hideo Tanaka, który okazuje się mieć dla Emiki propozycję nie do odrzucenia.

"Warcross" jest pierwszą powieścią amerykańskiej pisarki Marie Lu, z którą miałam okazję się zapoznać. Tak jak wspomniałam na początku do tej pozycji przyciągnęło mnie przede wszystkim, to że jest to książka o grze, która zawładnęła światem niedalekiej przyszłości, połączonej z wątkiem śledztwa wewnątrz gry oraz wieloma zagadkami i spiskami. Dlatego wiedziałam, po co sięgam i absolutnie się nie zawiodłam. To barwna, cyberpunkowa historia z idealnie wyważoną akcją i ciekawymi pierwszoplanowymi bohaterami, którą, jeżeli nie obcy Wam wirtualny świat, trudno przegapić.  


Bardzo spodobało mi się ta wizja niedalekiej przyszłości, w której świat wirtualny zaczyna coraz bardziej przenikać się z rzeczywistym stając się miejscami jego integralną częścią. Sam koncept Neurołącza wypada bardzo wiarygodnie w tej powieści ze względu na to, że wykorzystuje pewne konstrukcje z gier, czy programów znanych nam bardzo dobrze dzisiaj. Przenosi je jedynie na poziom bardzo namacalny, czyniąc okulary i tym samym nasz mózg głównym sterownikiem oraz kluczem do cyfrowego świata. Pokazuje to, bardzo fascynującą a zarazem przerażająca wizję świata, który powoli zastępuje wirtualna rzeczywistość. Sama gra - "Warcross" niczym praktycznie nie różni się od topowych gier online, takich jak League of Legends, Counter Strike, Fortnite czy Apex Legends, co jedynie umacnia w przekonaniu, że gry te albo ich następczynie będą wieść prym w przyszłości. Już teraz możemy zaobserwować międzynarodowe, organizowane z pompą mistrzostwa, co nie różni się aż tak bardzo od wizji wirtualnych zawodów pokazanych nam w książce przez Marie Lu.


"Warcross" sprawił, że moje serducho geeka aż skakało z radości przy każdym kolejny rozdziale. W książce uważny czytelnik znajdzie garść nawiązań i odwołań, do wielu komputerowych produkcji, czy też starych, oklepanych ale zawsze cieszących schematów z gier MMO. Zapewniam Wass - każdy gracz będzie cieszył się z lektury tej książki, której świat i akcję dopełnia Emika Chen. To ona gra w tej powieści główne skrzypce, to ją poznajemy najlepiej i to z jej perspektywy śledzimy rozgrywające się wydarzenia. Ma to swoje plusy, ale jak można się domyślić również i minusy, ponieważ tracą na tym trochę inni bohaterowie, którzy na tle historii są raczej ładną ozdobą a nie postaciami z krwi i kości. Z ulgą przyjęłam fakt, że nie eksploatowany jest w "Warcorossie" zapowiadany "pasjonujący romans". Należy on raczej do nienachalnych wątków w tej historii, ale równocześnie odgrywa w niej jednak sporą rolę, co poczytuję za naprawdę ogromny plus, ponieważ czuję przesyt w powieściach młodzieżowych na wymuszone i sztuczne wątki romantyczne.


Jedynym tak naprawdę rozczarowaniem okazała się dla mnie przewidywalność tej historii. Odkąd tylko udało mi się na dobre rozgościć w tym świecie, to od razu stało się dla mnie jasne z jakim zagrożeniem tak naprawdę będą się mierzyć nasi bohaterowie. Jeżeli przerobiliście już spory kawał historii tego typu, to obawiam się, że nie będziecie zaskoczeni zaproponowanymi rozwiązaniami fabularnymi. Jednakże to, że poczujecie w jakim kierunku zmierza ta powieść, nie powinno Wam zepsuć dalszej zabawy z lekturą, ponieważ momentami czytanie "Warcrossa" naprawdę bardzo ciężko jest przerwać.    

Powieść Marie Lu poleciłabym każdemu graczowi oraz osobom, którym nie obce są takie produkcje, jak "Ready player one" czy "Sword Art Online". Jest to kawałek bardzo dobrze i przystępnie napisanej powieści młodzieżowej, osadzonej w świecie przyszłości zdominowanym przez technologię. Nie jest to zwyczajna pełna akcji książka, ale również pewne ostrzeżenia, nad którym warto się zastanowić, ponieważ niezależnie od tego, czy tego chcemy czy nie, to "Warcross" może stać się naszą przyszłością. 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Młodzieżówka!

Victoria Schwab - Nikczemni


Historie o superbohaterach na dobre zagościły na ekranach kin. To taki typ filmów, którego eksploatacja w różnych kierunkach zawsze będzie się sprzedawać, bo kto z nas nie lubi wysoko budżetowych produkcji z dobrymi efektami specjalnymi połączonych z dużą dawką akcji oraz kolorowymi bohaterami. Do takich produkcji przyzwyczaiło nas już kino, które wzrosło przede wszystkim na kultowych komiksach Marvela czy DC Comics. Jednak kiedyś, gdy próbowałam zastanowić nad książkowym odpowiednikiem superbohaterskich historii nie poprzedzonym komiksem, trudno mi było przywołać osadzony w tej konwencji tytuł. Teraz już nie mam tego problemu, ponieważ pojawili się oni - Nikczemni.


Tytuł: Vicious. Nikczemni
Autor: V.E. Schwab
Wydawnictwo: We need YA


Dla studentów Uniwersytetu Lockland nadszedł czas wybierania tematów prac dyplomowych.Victor decyduje się na pracę o induktorach adrenaliny natomiast jego przyjaciel, Elia, postanawia zgłębić miejskie legendy i plotki, o osobach ponadprzeciętnych. Zrażony ryzykownym i fascynującym pomysłem Victor postanawia przyłączyć się w badaniach do przyjaciela. Napędzani żądzą wiedzy i ogromną ambicją odkrywają rewolucyjne fakty o istnieniu i powstawaniu osób ponadprzeciętnych. Daje to początek eksperymentom, które skutkują tragicznymi wydarzeniami... Dziesięć lat później Victor ucieka z więzienia, a jego jedynym celem jest zemsta na startym przyjacielu.

"Nikczemni" są moim drugim spotkaniem, po dylogii Świat Verity, z Victorią Schwab. Tym razem jest to spotkanie w dość dojrzalszej odsłonie, ponieważ ta pozycja skierowana jest bardziej do starszych czytelników. "Nikczemni" to powieść brutalna, obdarta z wszelkich cukierkowych wstawek typowych dla filmów superbohaterskich. No właśnie. Czy jest to tak właściwie książka o superbohaterach? Zdecydowanie, jednak  nie w takiej formie do jakiej przyzwyczaiły nas przede wszystkim blockbusterowe filmy. To opowieść o ponadprzeciętnych, którym daleko do bycia dobrym i którzy nie skupiają się na ratowaniu świata, ale na własnej osobistej wendetcie. "Nikczemni" początkowo kreowani są na historię walki dobra ze złem, ale podczas czytania pytania kreują się same: czy rzeczywiście jest to walka dobra ze złem, czym jest dobro a czym zło oraz czy istnieje mniejsze i większe zło?  


Cała powieść została napisana moim zdaniem w sposób zbalansowany i przemyślany. Wyjątkowy styl autorki sprawia, że czytanie tej pozycji jest niesamowicie przyjemnym doświadczeniem. Nawet nie doskwierał mi brak dużej ilość akcji, co działa niesamowicie dobrze na korzyść tej powieści, ponieważ w historiach tego typu głównym filarem są przecież niespodziewane wydarzenia, wybuchy i pościgi. Spokojnie, nie chcę żebyście nabrali złudnego przekonania, co do statyczności "Nikczemnych", ale jednak pragnę zaznaczyć, że nie tym ta powieść stoi i nie tym tak naprawdę zachwyca.

Główny trzon tej powieści, czyli historię Victora i Eliego śledzimy z dwóch perspektyw czasu. Rozdziały przeplatane są wydarzeniami z teraźniejszości i z przeszłości, a konkretnie sprzed dziesięciu lat. Pozwala nam to lepiej poznać i zrozumieć ich motywacje oraz zobaczyć, jak zmienili się na przestrzeni lat i jak wpłynęła na nich ponadprzeciętność. Ujawnia się również ta nietypowa więź, która połączyła tych dwóch ambitnych i niebezpiecznych bohaterów. Jest to niesamowita i napięta relacja, z której aż sypią się iskry. Wzrastająca nienawiść i zazdrość staje się namacalna na stronach powieści, co sprawia, że nie można się od niej oderwać i trudno, mimo rozterek moralnych, nie kibicować jednej ze stron.


Dość powoli odkrywane są przed czytelnikiem karty, dlatego dość późno poznajemy przyczynę pragnienia zemsty Victoria oraz takiego a nie innego postępowania Elia. Sprawia to, że z zaintrygowaniem śledzimy wydarzenia pragnąc poznać i zobaczyć cały obraz tej historii. Autorka kreując ten świat pokazuje nam, co czyni z ludźmi władza, moc. Jak wpływają na nich tragiczne i bliskie śmierci wydarzenia oraz to, jak wykorzystują oni swoje drugie szanse oraz uzyskane dzięki traumatycznym wydarzeniom moce. Jest to książka na tyle wyjątkowa, ponieważ w świecie potencjalnych dobrych bohaterów skupia się na tych złych oraz na odcieniach szarości bycia ponadprzeciętną jednostką. 

"Nikczemni" to dopiero pierwsza odsłona tej serii. Ciekawa jestem, jak dalej autorka poprowadzi ten cykl, czy zostaniemy przy znanych nam bohaterach, a może ujrzymy ten świat z perspektywy innych postaci? Jedno jest pewne nie mogę doczekać się kolejnej historii o Złoczyńcach.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu We need YA!