George R. R. Martin - Żeglarze nocy i inne opowiadania


Ekscytacja po zwiastunie ósmego sezonu "Gry u tron" nie maleje. Bezapelacyjne serialowa adaptacja znakomitej serii fantasy zawojowała świat. Trudno się dziwić się temu sukcesowi i fenomenowi, w końcu ludzie pokochali tę historię nie za efekty specjalne, ale za świat i niesamowitych bohaterów, których do życia powołał George R.R. Martin. Autor niewątpliwie szczodrze obdarzony pisarskim talentem, który już nie raz udowodnił, że jego pisarska siła nie objawia się tylko w Świecie Lodu i Ognia, ale również w innych utworach literackich. Dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka mamy możliwość poznać jedne z pierwszych utworów, które wyszyły spod jego pióra. Przed Wami bardzo niepozorny zbiór opowiadań "Żeglarze nocy i inne opowiadania". 

Tytuł: Żeglarze nocy i inne opowiadania
Autor: George R. R, Martin
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka


"Żeglarze nocy i inne opowiadania" to zbiór opowiadań science fiction autorstwa George'a R.R. Martina. Mimo że opowiadania te wydają się być osadzone w tym samym wszechświecie, to jednak mamy tu do czniania z całkowicie różnymi, niezwiązanymi ze sobą historiami osadzonymi w różnych czasach i na różnych planetach. Jest to może niewielki zbiór, ale zawiera sześć naprawdę wyjątkowych opowiadań, które czyta się bardzo szybko. Wartym zaznaczenia jest fakt, że opowiadania te powstały w latach 70. minionego wieku, a więc wiele lat przed kultową "Pieśnią Lodu i Ognia", dlatego są wyjątkowym źródłem dla czytelnika chcącego zapoznać się z pierwszymi literackimi utworami tego autora. 

Jak to w zbiorach tego typu opowiadań bywa, składają się one z historii lepszych i słabszych. W tym przypadku śmiało mogę stwierdzić, że każda z nich na swój sposób mnie urzekła. Najbardziej do gustu przypadli mi tytułowi "Żeglarze nocy" oraz "Pieśń dla Lyanny", natomiast opowiadanie "Wszystkie barwy pierścienia gwiezdnego" okazało się dla mnie najmniej angażujące. Myślę, że każdy może w tym zbiorze znaleźć coś dla siebie, ponieważ są tu opowiadania zarówno dynamiczne jak i statyczne. Moim zdaniem wszystkie z przedstawionych historii w jakiś sposób się wyróżniają. Autor w każdej z nich porusza różne tematy poczynając od tych błahych, a kończąc na tych bardzo ważnych. Interesujące jest to, że teksty te potrafią mocno wpłynąć na czytelnika. Zmuszają do zadawania pytań i spojrzenia na siebie - na swoją moralność i wybory. W większości nic nie jest bowiem czarno-białe, a odcieni szarości jest bez liku. To jest właśnie to, za co lubię tego autora. Przedstawia nam różne punktu widzenia danej sprawy, nie wskazując przy tym jednej właściwej drogi, czy rozwiązania.


Mimo że książka ta składa się jedynie z opowiadań, to autor sprawił, że na przestrzeni zaledwie paru stron potrafiłam całkowicie wgłębić się w dany świat i wczuć w bohaterów. George R.R. Martin nawet w tak krótkich formach potrafi oczarować czytelnika i zaangażować go w opowiadaną historię. Opowiadania, które znajdziemy w tym zbiorze nie są o niczym. Są żywe, pełne wiarygodnych bohaterów, niesamowitych miejsc, wyjątkowych myśli i zaskakujących wydarzeń. Potrafią również wzbudzać w czytelniku całą game różnych uczuć, takich jak radość, przerażenie, smutek, czy melancholię.   Bardzo cenię sobie książki, które zmuszają mnie do refleksji i zarazem zapewniają mi niesamowitą rozrywkę w fantastycznych światach, a taką książką są właśnie "Żeglarze nocy".

George R. R. Martin tym zbiorem opowiadań po raz kolejny udowodnił mi, że jego pisarska moc ujawnia się nie tylko w "Pieśni Lodu i Ognia", ale również w błyskotliwych opowiadaniach. "Żeglarze nocy i inne opowiadania" zajmują miejsce tuż obok mojego ukochanego "Tufa wędrowca" i jestem przekonana, że jeszcze nie raz powrócę do nich w przyszłości. 


Na platformie Netflix pojawił się serial oryginalny inspirowany pierwszym, tytułowym opowiadaniem - "Żeglarze nocy". Niestety jeszcze nie zdążyłam się z nim zapoznać, więc nie jestem w stanie Wam opowiedzieć o tej serialowej adaptacji, jednak na pewno w niedalekiej przyszłości znajdzie się on na szczycie mojej listy "do obejrzenia". A Wy, oglądaliście może już serial? Polecacie czy odradzacie? Z mojej strony, jak na razie całym sercem mogę polecić Wam ten zbiór opowiadań :). 

Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!


Marie Brennan - Podróż Bazyliszka


Do pewnych powieści czuję ogromny sentyment i mimo że nie wydają się one na pierwszy rzut oka wyjątkowe, to jednak przyciągają moją uwagę i przyjemnie się w nich zaczytuję. Tego typu książkami były dla mnie dwa pierwsze tomy "Pamiętników Lady Trent". Wyjątkowe opowieści, których wnętrza okazały się czymś, czego nigdy nie spodziewałabym się po współczesnych powieściach fantasy. Nie więc dziwnego, że sięgnęłam po trzeci tom tej osobliwej historii - oto "Podróż Bazyliszka"!

Tytuł: Podróż "Bazyliszka"
Autor: Marie Brennan
Wydawnictwo: Wydawnictwo Zysk i S-ka

Akcja "Podróży Bazyliszka" rozgrywa się sześć lat po wydarzeniach z drugiego tomu Pamiętników Lady Trent. Izabela w celu kontynuowania badań nad smokami, postanawia wyruszyć w kolejną podróż. Tym razem będzie to podróż morska na pokładzie okrętu "Bazyliszek", podczas która nieustraszona biolożka badać będzie przeróżne gatunki smoków z całego świata. Oczywiście nie byłaby to wyprawa sławetnej badaczki smoków, gdyby nie towarzyszące jej skandale, polityczne zawieruchy i międzynarodowe intrygi.


To już kolejna czytelnicza przygoda z Lady Trent i muszę przyznać, że historia ta z tomu na tom wydaję się coraz bardziej się rozwijać. Marie Brennan ponownie czaruje czytelnika lekkim stylem pokazując bardzo bliski naszej epoce wiktoriańskiej świat, w którym żyją smoki. Bardzo spodobało mi się to, że autorka postanowiła przedstawić tą część przygód Lady Trent czerpiąc inspirację z podróży Karola Darwina statkiem HMS "Beagle". Jak wiemy podróż ta okazała się znamienna dla nauki, ponieważ podczas tego rejsu Darwin stworzył podwaliny do przełomowej teorii naukowej - teorii ewolucji. Pięknie koresponduje to z fikcyjną podróżą niezłomnej Izabeli, która również okazała się znamienna w skutkach, jeżeli chodzi o badania nad smokami. Sprawia to, że "Podróż Bazyliszka" jest hołdem dla powieści przygodowych, klasycznych, wiktoriańskich oraz przede wszystkim dla samej nauki i historii odkryć.


Poprzez kolejny tom przygód Lady Tent autorka po raz kolejny zachęca czytelnika to zainteresowania się nauką. Z "Podróży Bazyliszka" wręcz świeci jasno chęć odkrywania nowego, wiara w spełnianie własnych marzeń oraz czysta miłość do nauki. Naszą przewodniczką podczas tych przygód niezmiennie jest Lady Trent, której postać wraz z kolejnymi podróżami w poszczególnych tomach ulega znacznej przemianie. Izabela rozwija się nie tylko jako naukowiec, ale również jako kobieta, która świadoma jest siebie i swoich umiejętności. Nabiera ona więcej zaufania do swojej wiedzy i samej siebie, przez co podejmuje się coraz to bardziej wymagających wyzwań. Postanawia wyjść naprzód planując tę wyprawę oraz odważnie formułuje swoje własne naukowe hipotezy. W tej części również mamy okazję zapoznać się z jej synem Jake'iem, który ze względu na młody wiek nie uczestniczył w jej poprzedniej wyprawie do Erigi. Mimo że instynkt macierzyński u Izabeli nie jest silny, to widzimy, jak jej reflacja z synem ewoluuję podczas tej wyprawy.


Na przestrzeni tych trzech wydanych dotychczas tomów dowiadujemy się o tym, jak bardzo złożony jest świat wykreowany przez autorkę. Co chwila pojawiają się nowe informacje dotyczące smoków w świecie Lady Trent zarówno pod względem biologicznym, kulturowym, jak i historycznym. Za najbardziej intrygujący uważam jednak wątek historyczny smoków, a dokładniej kult czczący smoki w przeszłości. Intrygująco przedstawiony świat jest przyczyną tego, że książki z tej serii czyta się na prawdę bardzo dobrze. Już nie mogę doczekać się następnych tomów opisujących przygody Izabeli, a wiem, że jeszcze czekają nas dwie przygody zanim poznamy finał tej historii!

Pamiętniki Lady Trent są serią, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. Z każdą przygodą rośnie moja sympatia zarówno do głównej bohaterki, jak i do całego świata wykreowanego przez Marie Brennan. Nie będę Was oszukiwać, tak jak i przy poprzedniej recenzji. Nie ma w tej książce wielu smoków, nie znajdziecie tu bitew na grzbietach nich, czy też magii. Jest to przede wszystkim książka o nauce, odkrywaniu nieznanego, spełnianiu własnych marzeń oraz o odwadze w kreowaniu nowych hipotez, której jedynie fantastyczną ozdobą są po prostu smoki.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka!



Grzegorz Wielgus - Czarcie słowa



W minionym roku przedstawiłam Wam "Pękniętą koronę" - wartą uwagi, niewielką objętościowo książkę z wątkiem kryminalnym osadzoną w średniowiecznych realiach. Mimo że tego się nie spodziewałam, to teraz, zaledwie pół roku później, pokazuję Wam już drugą odsłonę cyklu o Bracie Gotfrydzie. Przed Wami "Czarcie słowa" autorstwa Grzegorza Wielgusa.

Tytuł: Czarcie słowa
Autor: Grzegorz Wielgus
Wydawnictwo: Initium

Austria, rok 1279. W zamku Rappottenstein zorganizowany zostaje turniej rycerski, na który zostają zaproszeni wojownicy i władcy z ościennych królestw. Wśród nich jest również inkwizytor Gotfryd, Jaksa Gryfit oraz Lambert z Myślenic, którzy na wzmianki o tajemniczych morderstwach dziejących się na ternach wokół zamku postanawiają, jak za dawnych lat, wziąć się sprawy w swoje ręce i rozwikłać zagadkę. Wszystko jednak się komplikuje, gdy okazuje się, że niebezpieczeństwo czyhające z traktu nie jest tym jedynym..  


Akcja powieści zaczyna się sześć lat po wydarzeniach z "Pękniętej korony". Mimo że mamy tu do czynienia z trójką znanych nam już bohaterów, to już na wstępie zaznaczę, że książkę tę można przeczytać nie zapoznawszy się wcześniej z jej wcześniejszą częścią. Tak jak i w pierwszej części w tej również mamy do czynienia z tajemniczymi zdarzeniami i zagadką, której rozwikłania podejmą się nasi dzielni bohaterowie. I mimo moich obaw okazuje się, że tym razem jest znacznie ciekawiej! Sama zagadka, konsekwentne poprowadzenie fabuły, intrygujące intrygi - to wszystko składa się na to, że "Czarcie słowa" są książką zdecydowanie lepszą od poprzedzającej je "Pękniętej korony".


Zdecydowanie widać po "Czarcich słowach", że autor polepszył swój pisarski warsztat. W recenzji poprzedniej części narzekałam na niedosyt rozwoju postaci i świata. Tym razem jednak po prostu nie mam na co narzekać. Książka, jeżeli chodzi o objętość stron, jest znacznie obszerniejsza od "Pękniętej korony", co zapewne sprawiło, że stała się tym samym pełniejsza, pozwalając autorowi na rozłożenie i precyzyjne zaplanowanie wszystkich rozgrywających się wydarzeń. Bohaterowie również prezentują się lepiej, a na pierwszy plan nie wychodzi już tylko brat Gotfryd, ale również jego pozostali towarzysze. Dialogi są jeszcze bardziej zabawne i mięsiste, co sprawia, że książkę tę bardzo dobrze się czyta. Jeżeli chodzi o język, to jest on tak samo stylizowany jak w poprzedniej części, co nadaje tej powieści odpowiedni średniowieczny klimat. Sprawia to, że łatwiej czytelnikowi całemu wejść w ten świat pełen intryg oraz potyczek. Tak jak i w poprzedniej części autor ponownie konsekwentnie zbudował ten świat - bardzo wiarygodny i mocno stylizowany na ówczesne realia.


Historia utrzymuje bardzo dobre tempo, co sprawia, że "Czarcie słowa" czyta się bardzo szybko i tak, jak poprzedniczkę pochłonęłam tę pozycję podczas tylko jednego wieczoru. Jeżeli myślicie, że zainteresowałby Was średniowieczny kryminał z nutką humoru a nawet i grozy, to serdecznie polecam Wam tę pozycję!







"Protektor" - Jola Czemiel


Kiedy zobaczyłam okładkę książki, wiedziałam że muszę po nią sięgnąć. A jak przeczytałam opis, to stwierdziłam, że będzie dla mnie jedną z tych wyjątkowych. Czy tak się też stało?

Weronika Nawara - W czepku urodzone


Do reportaży wszelkiego typu zawsze zabieram się jak pies do jeża. Niewiele z nich naprawdę mnie interesuje. Jednak po Małych Bogach nastał czas pielęgniarek, to temat, o którym nie można nie rozmawiać. I to nie dlatego, że w jednym czasie pojawił się prawdziwy wysyp książek na ich temat. Praca pielęgniarek często jest pomijana, podobnie jak ich sytuacja, a bez nich system ochrony zdrowia nie istnieje. 

W moje ręce trafiła książką Weroniki Nawary o niewidzialnych bohaterkach szpitalnych korytarzy. Autorka jest pielęgniarką w trakcie studiów magisterskich, pracuje na Oddziale Intensywnej Terapii. Prowadzi również bloga W czepku urodzona. Jest kobietą, która nie tylko zna to środowisko od podszewki, ale także pragnie ocenić je obiektywnie, z każdej możliwej strony, bez zbędnego wybielania. Co myślę o książce? Czy autorka sprostała zadaniu? Czy to dobry reportaż? Przekonajcie się!



Autor: Weronika Nawara
Tytuł: W czepku urodzone
Wydawnictwo: Otwarte

Pielęgniarstwo to zawód od zawsze niedoceniany. Droga do zawodu zaczynała się w liceach zawodowych, naukę można było kontynuować na studiach lub wybierać studium. Dzisiaj system ten ujednolicono do studiów licencjackich i magisterskich. Bez względu na tę zmianę droga do zawodu nie jest prosta i usłana różami, a sama praca jest niewyobrażalnie ciężka.

Pielęgniarki i lekarze niekiedy traktowani są jedynie jako pomocnicy lekarzy, chociaż są osobnym zawodem medycznym, ich praca jest ciężka, a wiedza i umiejętności, które posiadają nie zawsze znane są lekarzom. Praca jest więc trudna wymagająca, a pacjenci często niewdzięczni, dający w kość, ale o ile zrozumieć można chorego człowieka, to już roszczeniowe rodziny pacjentów potrafią wykończyć nawet najlepszą pielęgniarkę... Mimo to pielęgniarki i pielęgniarze kochają to co robią, czerpią z pracy satysfakcję i pragną opiekować się chorymi.


Jestem pielęgniarką,
a jaka jest Twoja super moc?


W czepku urodzone, to swego rodzaju reportaż. Książka wypełniona jest rozmowami z pielęgniarkami i pielęgniarzami: różnych specjalizacji, na innym etapie kariery zawodowej; o małym, średnim i ogromnym doświadczeniu; wypalonych i pełnych pasji, a także w zróżnicowanej sytuacji życiowej.

Długo nie wiedziałam czego spodziewać się po tej pozycji. Początkowo miałam więc mieszane uczucia. Środowisko pielęgniarek jest wewnętrznie niespójne, nawet wtedy gdy walczą o wspólną sprawę. Myślałam, że to będzie laurka, próba przedstawienia środowiska w samych superlatywach, ale zostałam miło zaskoczona. To rzetelna i prawdziwa pozycja, dotykająca bardzo różnych kwestii, niekoniecznie tych sympatycznych.

Autorka oddała głos pielęgniarkom. Wspólnie opowiadają o blaskach i cieniach tego zawodu. Nie tylko o trudnych studiach, niskich pensjach i niedocenianiu ich przez pacjentów oraz współpracowników. Opowiadają o pacjentach, którzy ich nie szanują; rodzinach pacjentów, które bywają bardziej upierdliwe niż sami chorzy, chociaż często brakuje im ku temu powodu; o wypaleniu zawodowym; problemach w życiu rodzinnym; zmęczeniu; błędach systemu, w którym funkcjonują. Jednak to nie wszystko... Bardzo dużo mówią o pacjentach, o chęci ulżenia im w cierpieniu, o tym jak potrafią o nich walczyć, że są przy nich wtedy, gdy ich potrzebują. Piszą nie tyle o powołaniu, co o niezwykłej pasji. To nie jest zawód dla każdego, to nie jest praca, która kończy się po wyjściu ze szpitala. Pielęgniarką jest się zawsze.

W czepku urodzone, to rzetelna i prawdziwa pozycja, opowiadająca o blaskach oraz cieniach pielęgniarstwa. Można się czepiać, że coś z punktu widzenia technicznego nie wyszło, ale to książka napisana przez pielęgniarkę, która prowadziła rozmowy z innymi pielęgniarkami. To pozycja o pielęgniarkach, stworzona przez pielęgniarki, ale nie tylko dla pielęgniarek. Wielu osobom może otworzyć oczy i następnym razem zanim będąc w szpitalu krzykną "Siostro, basen!", zastanowią się dwa razy.

Sięgnęłam po pozycję tego typu z prywatnych pobudek. Moja mama jest pielęgniarką z długoletnim stażem. Pracuje ciężko, czasami zbyt ciężko, a jej praca nie zawsze jest doceniana tak jak powinna. O pacjentach zawsze wypowiada się jednak dobrze, troszczy się o nich i dba. Zawsze idzie na dyżur, bez względu na to jak byłoby ciężko. Jest pełna pasji, nie widzi siebie w innym zawodzie. Bo jest pielęgniarką i to jedna z wielu jej super mocy. Ona również przeczytała książkę. Powiedziała, że jest dobra i chciałaby, żeby poznały ją nie tylko pielęgniarki. Nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić ją innym.


Za egzemplarz książki dziękuję:

Colleen Houck - Przebudzeni


Jest to moje pierwsze spotkanie z Colleen Houck, mimo że jej książki z cyklu "Klątwa Tygrysa", machały do mnie już od dłuższego czasu z półek w księgarniach i bibliotekach. Nigdy jednak nie było nam po drodze i dopiero teraz za sprawą pojawienia się nowego cyklu na polskim rynku wydawniczym, udało mi się zapoznać z jej twórczością. Jedno jest pewne, cieszę się, że spotkanie to nastąpiło dopiero teraz, ponieważ to, czego doświadczyłam przy lekturze "Przebudzonych", nie lubię przeżywać zbyt często.


Tytuł: Przebudzeni
Autor: Colleen Houck
Wydawnictwo: We need YA


Siedemnastoletnia Lilianna Young wiedzie życie idealnej córki zamożnych i wpływowych rodziców. Jest piękna, mądra i stać ją na wiele rzeczy. Swój wolny czas zamiast na spotkaniach towarzyskich czy imprezach woli spędzać w Metropolitan Museum of Art na Manhattanie, gdzie bez przeszkód może poświęcić się szkicowaniu i obserwacji zwiedzających. Kiedy próbuje znaleźć dla siebie wolny od innych ludzi kącik do przemyśleń, trafia do zamkniętego skrzydła z staroegipskimi zbiorami. Z zaintrygowaniem przygląda się nowo sprowadzonym eksponatom z Egiptu, gdy nagle okazuje się, że nie jest ona sama, a jeden z przywiezionych sarkofagów jest pusty. Lily spotyka Amona, egipskiego księcia, który raz na tysiąc lat powraca do świata żywych, by razem z braćmi odprawić rytuał chroniący ludzkość przed Panem Ciemności. Skołowany egipski książkę po setkach lat spędzonych w sarkofagu musi zmierzyć się z nową rzeczywistością,  wrócić do Egiptu, odnaleźć swoje urny kanopskie i braci oraz uratować świat, a jego pomocniczką z konieczności zostaje amerykańska nastolatka. Połączyło ich przeznaczenie i razem będą musieli zmierzyć się z wszystkimi przeciwnościami, by ocalić ludzkość.


"Przebudzeni" zabrali mnie w nie lada podróż i niestety okazało się, że była to podróż przez mękę. W mojej opinii wszystko w tej książce zostało napisanie nie tak, jak powinno. Dialogi, sceny akcji, bohaterowie. Wszystko jest tu płaskie i naiwne. Książka, jak na to, że jest pozycją dość obszerną, to mało czasu poświęca na lepsze zobrazowanie postaci, czy też świata. Z każdej strony bije ogromny niedosyt, a to, co otrzymujemy od autorki nie wystarcza na zaspokojenie czytelniczego apetytu. Faktem jest, że "Przebudzeni" wypełnieni są akcją. Z tą pozycją nie uraczycie nudy, jeżeli uwierzycie w tę historię. Natomiast jeżeli tak jak ja nie zachwyci Was ten świat, to przynajmniej z dużym prawdopodobieństwem dacie radę doczytać tę książkę do końca. W "Przebudzonych" dzieje się naprawdę bardzo dużo. Bohaterowie co chwila zmieniają lokację i bardzo mało czasu spędzają na zastanawianiu się nad następnymi ruchami. Trudno się im dziwić, w końcu na szali postawiony jest los całej ludzkości, a czas ucieka. Jednak konsekwentne do fabuły tempo akcji jest niestety tą jedyną rzeczą, za którą mogę pochwalić tę książkę.

Moje narzekanie zacznę może od samej fabuły.Nie jest ona skomplikowana, jednak zawiera w sobie wiele wydarzeń, bez których zdecydowanie można by było się obejść. Czytając "Przebudzonych" miałam wrażenie, jakbym miała do czynienia z wieloma zapychaczami, które często spotykamy w takich taśmowych serialach. Niby coś się dzieje i jest to związane z głównym wątkiem, ale zostało przeciągnięte do granic możliwości. I tak niestety jest w tej książce. Dzieje się w niej wiele rzeczy tak karykaturalnych i dziwnych, że bardzo ciężko jest uwierzyć w tę historię i dać się jej porwać. Ze strony na stronę wymyślane są nowe przeciwności, a samo główne zagrożenie, mimo pojawiających się gdzieś na drodze zwrotów akcji, nie przybiera na wadze sprawiając, że ostateczna konfrontacja nie dość, że jest formalnością, to jeszcze mimo tej całej sztucznie groźnej otoczki nie wzbudza większych emocji.


Bohaterowie również nie świecą w tej powieści. Są mało wyraziści, schematyczni i podejmują często, gęsto nieracjonalne decyzje. Z żadnym z nich się nie polubiłam i żadnemu nie kibicowałam. Jeżeli chodzi o główną bohaterkę, to jest ona do bólu idealną nastolatką, której głowy oczywiście przede wszystkim nie zaprząta ratowanie ludzkości, ale idealnie wyrzeźbione ciało Amona, o którym stale czytelnikowi przypomina. Mimo że kreowana jest przez autorkę na idealnie piękną i mądrą romantyczkę, to w poszczególnych scenach daje wyraz bardzo wąskotorowego myślenia i takiego dziecinnego egoizmu. Ciężko mówić o decyzjach, które podejmuje, ponieważ przez większą część powieści wodzona jest praktycznie za rękę przez męskie postacie. Niewymiarowa, nudna, nie wnosząca nic od siebie postać kobieca, którą ciężko za cokolwiek polubić. Taka jest właśnie główna bohaterka tego cyklu - Lilianna Young. Jeżeli chodzi o główną postać męską w "Przebudzonych", czyli Amona, to jest tu niewiele lepiej, ponieważ egipski książę również nie prezentuje się wiarygodnie. Zaskakująco szybko przechodzi on do porządku dziennego z otaczającym go światem. Oczywiście jest bóstwem posiadającym specjalne moce, jednakże mógłby być chociaż trochę bardziej skonfundowany współczesną technologią, zwłaszcza, że zmiany, które zaszły w ostatnim tysiącleciu są bardziej rażące aniżeli w poprzednich. Poza tym można jednak docenić w tej postaci to, że konsekwentnie dąży ona do zrealizowania swojego zadania, mimo że wymaga to od niego najwyższego poświęcenia. Nie ulega on pokusom, jest w pełni świadom swojej roli i gotów jest przeciwstawić się ciemności, a przynajmniej taki wydaje się być do czasu epilogu...


Najbardziej chyba jednak zawiodłam się na wątku egipskim w tej powieści. Powinna być to najmocniejsza strona tej książki, jednak w moim odczuciu okazała się być najsłabszą. "Przebudzeni" jako powieść inspirowana mitologią egipską bardzo pobieżnie z niej czerpie. Czuć, że autorka wolała bardziej puścić wodze swojej fantazji i wyobrażeniom, niż poświęcić czas na zebranie informacji, przez co wyraźnie czuć, że świat ten jest wyjątkowo niedopracowany. Bardzo bolał mnie również obraz w tej książce Egiptu i obcokrajowców pokazany przez autorkę. Jest on wyjęty niczym z wakacyjnej kartki, w której na pierwszym planie jest piękne słoneczko, piramidy i luksusowe hotele. Pełna ignorancja mitologii starożytnego i realiów współczesnego Egiptu. Autorka pisząc książkę opierającą się w ogromnej mierze na egipskiej kulturze powinna moim zdaniem bardziej ją zagłębić, a nie poprzestać na paru pobieżnych publikacjach. Zdaję sobie sprawę, że dla autorki Egipt rysuje się jako fascynujący, kolorowy kraj, ale myślę, że autorka powinna zobaczyć coś więcej niż jaskrawe pocztówki i filmy. Namalowana w "Przebudzonych" została piękna iluzja egzotycznego Egiptu, w którą ja niestety nie uwierzyłam.


Niestety "Przebudzeni" jest jedną z gorszych propozycji z gatunku młodzieżowego fantasy oferowanych przez wydawnictwo We need YA. Ogromnie zawiodłam się na tej pozycji i przyznam się, że przeciągnęła mnie przez nie lada czytelniczą mękę. Książka ta może znajdzie odbiorców wśród młodszych czytelników, jednak starsi nie znajdą w niej nic więcej oprócz niezobowiązującego czytadełka na parę wieczorów. Moim zdaniem jednak na rynku wydawniczym jest znacznie więcej takich czytadełek, na które znacznie lepiej przeznaczyć swój czas, niż na "Przeznaczonych". 
Nie wiem, o czym będą następne tomy, choć zakończenie pozwala mi się tego domyślić, i nie zamierzam się dowiedzieć. Niestety cykl "Strażnicy Gwiazd" pozostanie u mnie czytelniczo niedokończony, ponieważ nie wiem, czy byłabym w stanie znieść kolejną nieudaną podróż do Egiptu.

Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu We need YA!