CO WOLNO AUTOROWI?


Co wolno autorowi? Czyli o tym, że Remigiusz Mróz nie jest Skandynawem, Sylwia Trojanowska buduje budynki, Katarzyna Puzyńska zakłada osady ludowe, Marek Stelar wie kto prowadzi śledztwo, K.N.Haner nigdy nie była za granicą, a Katarzyna Bonda była wszędzie.

UWAGA: Nie chcę nikogo obrazić, a już na pewno autorów, których wymieniłam. 

Mój tekst został zainspirowany wrzawą jaka wybuchła po ogłoszeniu, że Remigiusz Mróz wydaje pod pseudonimem. Inspirujący był również tekst na blogu LeonZabookowiec, z którym chociaż w dużej mierze się nie zgadzam, to szczerze uważam, że jest niezły. Dodatkowo zainspirowała mnie redakcja mojej własnej książki. Zaczęłam się po prostu zastanawiać czy fikcja literacka jeszcze istnieje, a jeśli tak to w jakiej ilości jest dopuszczalna. Na co czytelnicy pozwalają autorowi? Właśnie o tym będzie ten tekst.



Zgodnie z art. 16 pkt 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych autor ma prawo do oznaczenia utworu swoim nazwiskiem lub pseudonimem albo do udostępniania go anonimowo. Powiem więcej wyróżniamy pseudonim artystyczny - zazwyczaj wszyscy znają prawdziwe imię i nazwisko autora oraz pseudonim faktyczny - służy ukryciu tożsamości twórcy i rozpowszechnianiu utworu w taki sposób, żeby nie można było go zidentyfikować. Tak więc według prawa autor może się przed nami ukryć. Zrobiła tak niezliczona liczba autorów. Niektórzy pisali pod pseudonimem, ale od razu się ujawniali, ujawniali się w czasie późniejszym albo nie ujawnili się nigdy, w tym względzie panuje w zasadzie samowolka totalna.



J. K. Rowling w 2013 roku wydała pod pseudonimem Robert Galbraith powieść kryminalną i stosunkowo szybko się do tego przyznała. Znacznie wcześniej na taki pomysł wpadł Stephen King, który pod pseudonimem Richard Bachmann wydał kilkanaście tytułów. Nasz polski, Remigiusz Mróz, postanowił również wydać coś pod pseudonimem i jak to w Polsce często bywa wszyscy są podzieleni - jednym się podoba, innym nie.



Oglądałam Dzień Dobry TVN w ten sławetny niedzielny poranek. Nie ukrywam, że autora lubię i nic do niego nie mam (co pewnie zaraz ktoś mi wytknie, ale co tam). Informacja na początku mnie zaskoczyła, następnie rozbawiła, a później stwierdziłam, że chętnie zaopatrzę się w książki i je przeczytam -> mój wybór. Myślę, że sporo osób tak postąpiło, biorąc pod uwagę jak książki zaczęły szybko znikać ze sklepowych półek (Który mi w Matrasie podprowadził zamówioną Enklawę, co? :D).



Śledząc uważnie krytykę wyłapałam kilka zarzutów, teraz zajmę się dwoma z nich.


Jeden z zarzutów dotyczył narodowości Ove Løgmansbø. W uproszczeniu czytelnik wskazał, że kupił Enklawę licząc na dobry skandynawski kryminał tymczasem dostał książkę polskiego autora.


I w tym momencie moja reakcja była jedna - śmiech. Serio, kochani? Jedynym czym się kierujecie przy wyborze książki jest narodowość autora? 



Czyli, że jak? Idziecie do Empiku (nie promuję Empiku, ale mam do niego najbliżej z domu, ba nawet widzę go z okna) rozglądacie się po półkach i zmierzacie do półki, szukając odpowiedniej narodowości. Czytacie polskich autorów - zmierzacie do książek polskich autorów; czytacie skandynawskich autorów - zmierzacie do książek autorów skandynawskich; czytacie amerykańskich autorów - zmierzacie do książek autorów amerykańskich. 



Zwróciliście uwagę, że użyłam zwrotów "książki polskich autorów", "książki autorów skandynawskich", "książki autorów amerykańskich" zamiast "literatura polska", "literatura skandynawska", "literatura amerykańska"? Zastanawiacie się dlaczego? Spieszę z wyjaśnieniem. Co do zasady jest tak, że np. "literatura polska" oznacza książki napisane przez naszych rodaków, w języku polskim i takie, których akcja toczy się w Polsce. No i fajnie, ale np. taka K.N.Haner jest Polką, pisze w języku polskim, ale cała akcja jej wszystkich powieści toczy się za granicą, a bohaterowie nie mają polskich korzeni, i co wtedy? Dalej polska literatura czy polska łamana na amerykańską? Ja tego nie rozstrzygnę, nie liczcie na to, brak mi kompetencji.



Faktycznie jest tak, że literatura skandynawska, czy amerykańska czymś się różnią, ale czy to znaczy, że nie można trochę poudawać? Pobawić się literaturą innych krajów? Co w tym złego? Mnie osobiście nie interesuje jakiej narodowości jest autor. Zresztą na polskiej książce też wydawca może umieścić tekst "kryminał skandynawski w polskich realiach", to też będzie złe? A może dobre, bo chociaż reklamowane jako kryminał skandynawski to autor polski, tak lepiej? Czyli faktycznie narodowość autora ma takie znaczenie?



Swoją drogą podoba mi się zdanie Remigiusz Mróz podszył się pod Ove Løgmansbø, biorąc pod uwagę, że Ove to pseudonim (czytaj: facet nigdy nie żył) to pod kogo się podszył? Można się podszyć pod kogoś kogo samemu się wymyśliło? O to jest pytanie!

Warto też zwrócić uwagę na K.N.Haner, która niby do tego, że jest Polką się przyznaje, a jednak w Empiku znalazła się w dziale z literaturą zagraniczną. A może to wpłynęło na sukces Snów Morfeusza? Panuje w końcu przekonanie, że zagraniczna literatura jest lepsza. Może warto pokombinować z niepolskim pseudonimem?



Przechodząc dalej. Od skandynawskiego autora wymaga się, żeby tworzył skandynawską literaturę, więc jak ktoś podszywa się pod autora literatury skandynawskiej i próbuje podczepić się pod skandynawską literaturę to kłamie i oszukuje. Czyli, że jak? Biorę sobie na pseudonim "Krecik" i czytelnicy wymagają ode mnie myślenia w stylu sympatycznego krecika? 



Swoją drogą gdzieś tam było wskazane, że Ove ma polskie korzenie, niektórzy to chyba uznali za półprawdę. I jeszcze jedna kwestia jak autor zdecyduje się wydać książkę jako anonim to co z nim robimy? Nie kupujemy, bo nie ma wskazanej narodowości? A to ci problem... Przejdźmy jednak do drugiego zarzutu.


Drugi zarzut określę jednym słowem - MARKETING.

Czasem jest tak, że jakaś powieść jest dosłownie wszędzie. Patroni i ambasadorzy, reklamy wydawnictwa, rekomendacje innych autorów i robi się głośno. Mam do tego dwojaki stosunek: czasami szaleję za powieścią i od razu na nią poluję; czasami czekam aż reklama przycichnie. Tak czy tak nie przeszkadza mi to. Każdy ma prawo się promować.

Remigiuszowi Mrozowi zarzucono, że jego pseudonim był kiepską akcją marketingową promującą ostatni tom trylogii. Jak było naprawdę? Zapytał o to Łukasz Kotkowski z Spider'sweb:

"Kotkowski, Spider’s Web: Muszę zadać to niewygodne pytanie – czy ujawnienie tożsamości akurat teraz, 10 dni przed premierą Promu, nie jest aby celową zagrywką? Nie wiem, czy twoją, czy wydawcy, ale wydaje mi się to zbyt oczywiste na zbieg okoliczności.

Mróz: Nie, premiera była przewidziana już od dawna, bo powieść skończyłem pisać w sierpniu tamtego roku. Z marketingowego punktu widzenia chyba lepiej byłoby, gdyby trzy tomy były już dostępne i można było nabyć je od ręki, ale ostatecznie stało się, jak się stało."

Oczywiście znajdą się tacy, którzy będą z tym polemizować, ale akurat w przypadku Mroza nietrudno uwierzyć, że napisał książkę na długo przed jej premierą, z jego tempem pracy wszystko jest w końcu możliwe. Co z kolei skłoniło autora do ujawnienia?


"Kotkowski, Spider’s WebCo skłoniło cię ostatecznie do ujawnienia, że Ove Løgmansbø to tak naprawdę Remigiusz Mróz?

Mróz: Śledztwo na Wyspach Owczych. Było prowadzone na szeroką skalę, bo w Vestmannie nikt nigdy nie słyszał o rzekomo mieszkającym tam Ove Løgmansbø. Miejscowość ta liczy sobie niewiele ponad tysiąc dwustu mieszkańców, więc zadanie właściwie nie było trudne. Rzeczą zainteresowały się lokalne media, wieść szybko się rozniosła, aż w końcu trafiła na celownik dziennikarzy TVN-u. Szybko doszli prawdy, skontaktowali się z wydawcą, pojawił się pomysł nagrania materiału na Wyspach, a ja po krótkim namyśle się zgodziłem – wyszedłem z założenia, że skoro prawda i tak ujrzy światło dzienne, równie dobrze mogę przedstawić ją sam. Obawiałem się tylko, że wszystko wyjdzie na jaw wcześniej, ale na szczęście wszyscy, którzy poznali prawdę, zachowywali milczenie."

Wierzyć, nie wierzyć? To chyba bez znaczenia. Niektórzy mogą to uznać za kiepski chwyt marketingowy, inni za dobry, inni za nieistotny. Dla mnie był zaskakujący i zabawny. Nie analizowałam tego pod względem promocji - w tym względzie  jestem tolerancyjna. Rozumiem osoby, którym ta akcja nie przypadła do gustu, ale serio obrażać się za to na autora? Nie ogarniam.

A wracając do tej narodowości raz jeszcze, to po pierwsze wcale nie jest tak łatwo ukryć się w Polsce:


"Kotkowski, Spider’s Web: Kiedy w Twojej głowie zrodził się pomysł na pisanie pod pseudonimem?

Mróz: W marcu dwa tysiące czternastego roku – czyli wtedy, kiedy zasiadłem do pisania Ekspozycji. Wyszedłem z założenia, że wydam tę książkę pod pseudonimem, sprawdzę się, stworzę sobie alter-ego na lata i będę mógł dwutorowo wykonywać tę pisarską robotę. Tekst został nawet przyjęty przez wydawcę, ale kiedy stało się jasne, że to ja, postanowiliśmy wydać pierwszy tom z Forstem jednak pod moim nazwiskiem. Pomysł jednak przetrwał gdzieś z tyłu głowy – a im więcej książek wydałem, tym bardziej chciałem sprawdzić się znowu jako debiutant. Wymyśliłem, że stworzę postać zakotwiczoną na tyle daleko od naszego kraju, że nie będzie groziło mi zdemaskowanie."

i po drugie, na koniec dobre pytanie, smutna odpowiedź, którą pozostawiam bez komentarza, bo nie jest związana z tematem:


"Kotkowski, Spider's Web: Myślisz, że wydawcy inaczej podchodzą do zagranicznych twórców tłumaczonych na polski, niż do rodzimych pisarzy?

Mróz: Bez porównania. Ove Løgmansbø wysłał kilka ofert do największych wydawców w Polsce o 23:30, a tuż po północy miał już pierwsze pozytywne odpowiedzi. Następnego dnia zaczęły spływać konkretne oferty, a potem rozpoczęła się wręcz licytacja między niektórymi. Po kilku dniach wydawcy byli po lekturze i jeszcze zdwoili swoje wysiłki – sytuacja raczej niespotykana w przypadku debiutującego Polaka. Ja jednak wyszedłem z założenia, że wybiorę tego, kto zareagował jako pierwszy i wykazał najwięcej determinacji. I było mi ogromnie miło, kiedy okazało się, że to Wydawnictwo Dolnośląskie, które wydaje w Polsce m. in. Jo Nesbø."


Czym w ogóle jest fikcja? Niby wszyscy wiemy, ale lepiej zerknąć na definicję...

Fikcja literacka (łac. fictio – tworzenie, kształtowanie, również zmyślenie) – właściwość świata przedstawionego polegająca na tym, że jest on tworem niedającym się zweryfikować przez porównanie z rzeczywistością zewnętrzną wobec dzieła. Konstrukcja utworu i jego poszczególne elementy mogą odnosić się do doświadczeń pozaliterackich (przeżyć jednostki, grupy społecznej, historii). Fikcyjność dotyczy zarówno utworów realistycznych, jak i fantastycznych. (Wikipedia)

Fikcja literacka jest tworem "niedającym się zweryfikować przez porównanie z rzeczywistością zewnętrzną wobec dzieła", czyli nie ma żadnych granic? Niby nie, ale jest też inny fragment "konstrukcja utworu i jego poszczególne elementy mogą odnosić się do doświadczeń pozaliterackich". I znowu "mogą", nie znaczy "muszą", a więc czysta fikcja jest dozwolona. Czy jednak czysta fikcja istnieje?

Powiedziałabym, że jest w powieściach fantastycznych, ale chyba nie ma tak naprawdę odrealnionej fantastyki, przynajmniej ja się z taką nie spotkałam. Zawsze "coś realnego" da podwaliny do powieści. Możemy pisać o wampirach i ludziach wierzących w nie, ale ci ludzie będą mieszkać w wioskach/miastach, które mogą być prawdziwe lub łudząco podobne do tych prawdziwych.

Science fiction też chyba odpada. Akcja może toczyć się w Kosmosie i tu już czystość fikcji odpada, bo w końcu Kosmos istnieje naprawdę. Nie potwierdzono istnienia Marsjan i mogą być sobie  w powieści, ale kto ich tam wie czy nie istnieją? A tak całkiem serio zazwyczaj ludzie czy też istoty człekopodobne mają podejrzanie podobne zwyczaje do nas, prawda?

Wydaje się więc, że czysta fikcja nie istnieje, a nawet jeśli jest marginalna. Co do zasady występuje więc prawda zmieszana z fikcją czy też fikcja zmieszana z prawdą. W jakich jednak powinna być proporcjach?




Pozwólcie, że do jednego wora wrzucę chwilowo powieści historyczne, wojenne, kryminały retro i wszystko co tylko. Wiem, że od powieści z tych gatunków każdy z nas oczekuje czego innego, ale jest coś co je łączy - prawda historyczna. Szukacie jej tam?



Kiedy sięgam po powieści historyczne, wojenne, czy kryminały retro to szukam w nich...klimatu i w zasadzie tyle z tego co te powieści łączy. Lubię klimat belle epoque, więc jeśli wybieram powieść z tego okresu to szukam w niej klimatu.



A co z tą prawdą historyczną? Jeśli o mnie chodzi to szukam jej tylko w...podręcznikach do historii, a nawet tam się czasem okazuje, że prawda historyczna zależy od historyka, szczególnie w podręcznikach do historii prawa. Powieść historyczna nie musi dokładnie odzwierciedlać rzeczywistości. Jeśli o mnie chodzi to dopóki w XIII w. ktoś nie będzie biegał ze smartwatchem to chyba nie ma problemu.




Miejsce akcji ważna rzecz czy jednak autor musi je znać? A jeśli tak to w jakim stopniu?

Wszystkie powieści polskiej autorki K.N.Haner toczą się za granicą, dla przykładu: akcja powieści Sny Morfeusza toczy się w Miami. Brzmi fajnie? No niby tak, ale teraz zdradzę Wam sekret - K.N.HANER NIGDY NIE BYŁA W STANACH ZJEDNOCZONYCH, BA! K.N.HANER NIGDY NIE BYŁA ZA GRANICĄ. Jesteście zdumieni? Musicie więc wiedzieć, że jest zaprzyjaźniona z Google Street.

K.N.Haner i tak nie jest najbardziej "bezczelną" autorką w tym kraju. Słyszeliście o Katarzynie Puzyńskiej? Fajne książki pisze, tu się zgadzamy, ale zastanawialiście się kiedyś gdzie leżą Utopce? A no właśnie nigdzie. Wyobraźcie sobie, że Katarzyna Puzyńska stworzyła sobie sama miejsce akcji i poszła na całość, zamiast stworzyć małe mieszkanko, domek, czy lof ona stworzyła własną wieś!

Sylwia Trojanowska zdecydowanie ma mniej przewinień na karku, ale też jej się zdarzyło. Wiecie, że w Szczecinie jest taki budynek, który nazywa się Pazim? Dokładniej jest to wieżowiec, który liczy sobie 22 piętra. Na ostatnim z nich znajduje się "Cafe 22", które swoją nazwę wzięło od nazwy piętra. Tymczasem Sylwia w swojej książce stworzyła "Cafe 32", czyli dobudowała 10 pięter Pazimowi! No i stworzyła oczywiście Szkołę latania, która nie istnieje, a swoją drogą szkoda.

Z kolei Katarzyna Bonda była wszędzie, gdzie poniosła ją akcja jej powieści, np. akcja "Lampionów" toczy się w Łodzi, gdzie autorka oczywiście była. Marek Stelar również w swoich powieściach oprowadza nas po Szczecinie i co do tego większych zastrzeżeń nie ma, prowadzi nas nawet na lody u Marczaka! 

Widzicie te przykłady wyżej? Co o nich sądzicie? Czy miejsce akcji musi być prawdziwe czy może trącić fikcją? Cały czas się nad tym zastanawiam i muszę z żalem stwierdzić, że mi wszystko jedno. Z moją orientacją w terenie jest tak kiepsko, że nawet jak ktoś by pomylił ulice w moim rodzinnym mieście to nie zwróciłabym na to uwagi. Jest jeszcze przykład Katarzyny Puzyńskiej, która stworzyła wieś, a przecież jej powieść jest naprawdę dobra. Można więc chyba przymknąć oko na miejsce akcji, prawda?




99% - true story

Trudno nie szanować roboty jaką wykonuje Katarzyna Bonda. W jej książkach dokładny research to podstawa, a sama powieść nie pisze się od ręki tylko jest prawdziwą pracą, a jej fundamentem jest wiedza, czasem bardzo szczegółowa.

Bonda zawsze podkreśla jak ważny jest dla niej realizm i świat, który ją otacza: Rzeczywistość zawsze jest ciekawsza od fikcji, dlatego wierutną bzdurą jest i klasycznym mydleniem oczu, jeśli jakikolwiek pisarz twierdzi, że sam wszystko wymyślił. Ja przyznaję się bez bicia, że opowieści szukam wokół siebie. Tropię je, wypożyczam, czasem wykradam z prawdziwego życia. Nigdy niech pani nie zdradza pisarzowi swoich tajemnic. Jest pewne, że im smaczniejszy sekret, wkrótce będzie pani mogła o tym gdzieś przeczytać. Pisarz pracuje na tym, co dostał od świata (7 złotych pytań do Katarzyny Bondy).

mniej niż 99% true story, a jednak true

Marek Stelar wie kto w Polsce prowadzi śledztwo - nie, wcale nie policja; czasami poszukuje doradców, żeby zapytać jak popełnić samobójstwo w zakładzie karnym; a nazwisk bohaterów sam nie wymyśla tylko bierze ich z listy płac polskich seriali, no chyba, że pod ręką ma jakieś lepsze.

Nie wszystko musi być jednak prawdziwe. Przy wymyślaniu zbrodni: (...) idziemy na kompromis: posiłkujemy się wydarzeniami prawdziwymi, tuningując je w swojej chorej wyobraźni. U mnie to działa, choć zaznaczam: nie zawsze tak robię. Te najlepsze (znaczy najgorsze) zbrodnie wymyśliłem niestety sam… (7 złotych pytań do Marka Stelara).




Co wolno autorowi? Chyba trudno odpowiedzieć na to pytanie. Co do zasady można napisać, że wszystko - w końcu to co tworzy to fikcja. Jednak kiedy nie mówimy o powieściach fantastycznych, gdzie wszystko może być zmyślone, to chyba jednak trzeba trochę trzymać się realiów. 

Jak bardzo? To pytanie raczej skierowane do autorów, którzy muszą znaleźć złoty środek, bo jedni czytelnicy łakną "99%  true story", inni zadowolą się "mniej niż 99% true story, a jednak true", czyż nie? 

Jest jeszcze problem powieści "zbyt mało true", którego ja osobiście nie poruszyłam, ale zdarzają się problemy jeśli autorzy za bardzo sobie pofolgują, prawda? Dobrze pamiętam jak ktoś potrącony bodajże przez tira po kilku dniach rehabilitacji był zdrowy, cóż... nie przekonało mnie to, ale być może kogo innego tak.

To tyle z mojej strony. Dobrnął ktoś do końca?

Previous
Next Post »
0 Komentar

Dziękuję za podzielenie się swoją opinią.
Postaram się jak najszybciej odpowiedzieć :)