Viktor Arnar Ingólfsson - Tajemnica wyspy Flatey





„Tajemnica wyspy Flatey” jest to książka, z którą mile spędziłam dwa wieczory. Viktor Arnar Ingólfsson (dobrze, że mogę nazwisko pisarza napisać Wam tutaj, bo na pewno wymówiłabym je źle) zaprasza nas na wyspę Flatey w zatoce Breiðaförður, w północno-zachodniej Islandii. Flatey ma około dwóch kilometrów długości i około jeden kilometr szerokości, jest największą wyspą w regionie, wokół której zgrupowane jest około czterdzieści dużych i małych wysp i wysepek położonych w zatoce. Autor przenosi nas w czasie do czerwca 1960 roku w tę tajemniczą okolicę, do wykreowanego przez niego świata.





Tytuł: Tajemnica wyspy Flatey
Autor: Viktor Arnar Ingólfsson
Wydawnictwo: Editio Black


W pewien czerwcowy dzień na wysepce niedaleko Flatey zostają odnalezione zwłoki. Jest to szokująca wiadomość dla członków niewielkiej społeczności zamieszkującej wyspę. Do rozwikłania zagadki śmierci ofiary zostaje wyznaczony przedstawiciel prefekta – prawnik Krajtan. Bynajmniej nie jest to przypadek łatwy. Po zidentyfikowaniu ofiary pytań przybywa, a czytelnikowi zostaje przedstawiona do rozwiązania kolejna zagadka z średniowiecznego manuskryptu Flateyjarbók – Aenigma Flateyenis. Czy owa zagadka ma związek ze śmiercią ofiary? Kto jest odpowiedzialny za wydarzenia na wyspie? Jakie sekrety z przeszłości kryją mieszkańcy Flatey? Na te pytania odpowiedzi będzie musiał znaleźć Krajtan, a one wcale nie muszą być jednoznaczne.

Poranny wiatr nad zatoką wiał ze wschodu. Chłodna wiosenna bryza burzyła grzywacze między wysepkami archipelagu Vestureyjar. Skupiony maskonur szybko mknął ponad grzbietami fal, a ciekawski kormoran, przycupnąwszy na płaskim szkierze, wyciągnął głowę w górę.

Autorowi należą się brawa za niesamowicie realistycznie oddany klimat, który bije z każdej przeczytanej strony. Wydawać nam się może, że słyszymy gdzieś w oddali krzyk ptaków, szum i zapach morza, oraz czujemy na skórze i we włosach porywisty wiatr. Nie trudno wyobrazić sobie samą wyspę jak i otaczające ją wysepki. Uczucie niepokoju towarzyszy nam przez cały czas. Do praktycznie samego końca jesteśmy utrzymywani w niepewności co do rozwiązań poszczególnych zagadek, a możliwości ich rozwiązań wydają się nieskończone.







Ciekawym zabiegiem zastosowanym przez autora jest umieszczanie na końcu każdego rozdziału fragmentu z Flateyjarbók. Księga ta to średniowieczny, islandzki manuskrypt zawierający teksty skandynawskich sag i poematów. Jeżeli chodzi o rys historyczny to warto wiedzieć, że Flateyjarbók od 1656 była przechowywana w Królewskiej Bibliotece w Kopenhadze. Dopiero 21 kwietnia 1971 roku (a więc 11 lat po wydarzeniach przedstawionych w powieści) powróciła na Islandię i obecnie wystawiana jest w Domu Kultury Narodowej w Reykjaviku, na co zapewne niektórzy Islandczycy odetchnęli z wielką ulgą.


Wybranie wyspy Flatey na akcję powieści nie jest przypadkowe. Ona nierozerwanie łączy się z Flateyjarbók, a tym samym, ze światem wikingów. Czytając „Tajemnicę wyspy Flatey” miałam wrażenie jakbym przez cały czas słyszała echo czasów wikińskich*. Obrzędy, wierzenia, tradycje wikingów w różnym stopniu pozostają żywe wśród bohaterów powieści. Bardzo dobrze wpasowuje się to w jej kompozycję, dostarczając w ten sposób czytelnikowi niesamowitą, nordycką historię.


– Znałem kiedyś człowieka – odezwał się Högni – który powiadał, że kawa to dar od Boga w nagrodę za długi dzień pracy. Ja jednak zawsze uważałem, że Wszechmogący nie musi wynagradzać człowiekowi, że ten może sobie pracować. Ale kropelka kawy ożywia i Bogu niech będą za to dzięki.


Książka ta nie obfituje w spektakularne wydarzenia, czy też niespodziewane, szalone zwroty akcji. Lektura powieści jest niczym obserwowanie jednostajnie jadącego pociągu, który tylko nieznacznie przyspiesza przed stacją docelową. Akcja toczy się swoim torem, co może być dla jednego czytelnika zaletą, natomiast dla drugiego wadą. Moim zdaniem pan Ingólfsson na tym polu się obronił całkowicie ciekawie skonstruowaną fabułą z śladowym wątkiem wikińskim w tle.





*wikiński – jeżeli patrzycie na ten przymiotnik z lekkim niedowierzaniem, to nie martwcie się! Nie jesteście jedynymi, też się dziwiłam. Poradnia PWN rozwiewa jednak wszelkie wątpliwości!





Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Editio Black!




Previous
Next Post »
0 Komentar

Dziękuję za podzielenie się swoją opinią.
Postaram się jak najszybciej odpowiedzieć :)