WYWIAD Z VERĄ EIKON


Diane Rose: Zacznijmy może od samego, samiuteńkiego początku. W 2011 roku pod swoim prywatnym nazwiskiem - Katarzyna Woźniak, wydałaś powieść „Hydra pamiątek”. Ukazała się ona nakładem wydawnictwa RW2010 w formie ebooka, a następnie w 2015 r. trafiła do druku nakładem wydawnictwa Sumptibus. Co skłoniło Cię do napisania pierwszej powieści? Dlaczego zaczęłaś pisać? Jak wyglądała droga do jej wydania?


Faktycznie debiutowałam w 2011 roku, ale moją pierwszą powieścią była młodzieżowa powieść obyczajowa „Skrzydła Azraela”. „Hydra” była druga. Obie książki zostały najpierw opublikowana w formie e-booka, a gdy w 2015 roku z wydawnictwa RW2010 wyłonił się Sumptibus, który miał wydawać książki drukiem, zapytano mnie, czy nie chciałabym wypuścić „Hydry” pod ich sztandarem. Zgodziłam się, bo czemu nie. Nic mnie nie interesowało - korekta była już zrobiona, nie płaciłam grosza za druk, nawet dostałam 6 egzemplarzy do rozdania rodzinie i przyjaciołom. Pierwszy nakład był skromny - 200 egzemplarzy, z zaznaczeniem, że jeśli sprzeda się sprawnie, zrobimy dodruk. Nie sprzedał się. Chyba nawet do tej pory książkę można zamówić w paru księgarniach internetowych. Nie dziwi mnie ta porażka wydawnicza, ponieważ ani książka, ani ja (jako autorka) nie miałyśmy żadnej promocji. Nawet na stronie internetowej wydawcy brak informacji o autorach i publikacjach. „Hydra” trafiła w ręce chyba jednej blogerki-recenzentki i na tym skończyła się kampania marketingowa. Pomyślałam, że skoro i tak wszystko zależy od mojego osobistego zaangażowania, to po co pchać się do wydawnictwa…


Diane Rose: W 2016 roku pojawiła się na rynku Twoja książka „Między prawami. Polowanie na Wilka”, która została wydana pod pseudonimem, w dodatku ebook jest za darmo dostępny w Internecie. Co się wydarzyło pomiędzy rokiem 2015, a 2016? Obraziłaś się na wydawnictwa? Próbowałaś się przebić z „Między prawami. Polowanie na Wilka” i Ci się nie udało? Dlaczego nie współfinansowanie tylko samofinansowanie?

Na moją decyzję o samopublikowaniu miały wpływ dwie rzeczy. Doświadczenie we współpracy z wydawnictwem i znajomość realiów tego rynku. Zrobiłam swój research wokół metod, jakimi posługują się wydawcy i wcale nie spodobało mi się to, czego się dowiedziałam. W moim umyśle, już od małego, pisarz był osobą wyjątkową, charyzmatyczną, poważaną. (Nie jestem taka, ale w jakimś stopniu do tego dążę.) To moje wyobrażenie w ogóle nie pasowało do świata, w którym autorowi należy się 10% ceny okładkowej, któremu mówi się, co się sprzeda, a co nie. Rozumiem, że wydawcy są tymi, którzy znają się na rynku (w każdym razie powinni się znać), ale jednak zdarza im się pomylić. Za dużo słyszy się opowieści o znanych autorach odrzucanych wielokrotnie przez wielkich wydawców. Opanowało mnie silne poczucie, że skoro zawsze czułam, że chcę pisać, to nie będzie o moim losie decydował jeden czy drugi redaktor, któremu akurat przyjdzie odrzucenie mojej książki, bądź przełożenie jej na stosik: „Może się sprzeda. Przekazać redaktorowi naczelnemu”.

Nie będę kłamać - wysłałam swoje powieści do wydawców. Nie z nadzieją, ale z ciekawością. Co by mi zaproponowali, jak to by wyglądało. Odpowiedzi były różne. Zazwyczaj: „Mamy już plan wydawniczy na najbliższy rok.” Podejrzewam, że jest to formułka, jakiej używają do pozbycia się kandydata na autora, jednak dobrze, że w ogóle komuś chciało się odpisać. Dostałam też kilka odpowiedzi, że wydawnictwo X, Y jest zainteresowane dalszą rozmową, jednak było to już po podjęciu przeze mnie dalekich kroków w procesie publikowania.

Jestem osobą z natury niecierpliwą. Nigdy więc przez myśl mi nie przeszło, żeby czekać 6 miesięcy albo dłużej na odpowiedź od wydawców. Zazwyczaj miesiąc lub dwa po wysłaniu propozycji wydawniczych (po tym krótkim odpoczynku) nabieram sił na ruszenie z samopublikowaniem.

Współfinansowanie? Nie, dziękuję. To się zawsze wiąże z roszczeniami. A nawet jeśli jakaś firma uwzględnia w swojej ofercie „kampanię marketingową” promującą książkę, to nie wierzę, że okazała się ona skuteczniejsza od osobistego zaangażowania autora.


Diane Rose: „Między prawami. Przedpiekle” to kolejna zmiana. Książka dostępna jest w formie ebooka i w wersji papierowej. To kolejny poziom self-publishingu. Z tym, że chyba kosztowny. Dlaczego zdecydowałaś się ponownie zrobić wszystko samodzielnie? Pominę już fakt, że wyszło Ci to bardzo profesjonalnie. Sklep internetowy, powieść, i tak dalej. Wszystko prezentuje się świetnie.

Po publikacji „Polowanie na Wilka” nabrałam doświadczenia i pewności siebie. Miałam już parę kontaktów, więc wszystko poszło sprawniej niż za pierwszym razem. Czasowo zbiegło się to też z moim powrotem do Polski i czułam, że będzie on bardzo sprzyjał pracy nad publikacją kolejnej powieści. Miałam dzięki temu okazję „podpiąć się” pod firmę męża, w której prowadzę tzw. pion wydawniczy. Nadal jest to więc self-publishing, ale mogę teraz ominąć pośredników i z ramienia firmy działać jako dystrybutor - sprzedawać książki do księgarń i bezpośrednio czytelnikom.
Ten „profesjonalizm” to wciąż amatorszczyzna. Ciągle się uczę i oczywiście moja droga wyłożona jest wieloma błędami. Ich jednak nie cofnę, a mogę jedynie wyciągać wnioski i następnym razem robić pewne rzeczy lepiej. Mam też szczęście, że jestem dość wszechstronna i czerpię sporo przyjemności nie tylko z samego pisania, ale też z projektowania i składania książki.

Diane Rose: Katarzyna Woźniak zadebiutowała powieścią obyczajową, potem był romans, a Vera Eikon kryminałem. No dobra, co się wydarzyło po drodze? Zazwyczaj autor najpierw wydaje pod pseudonimem, a później pod własnym nazwiskiem, Ty zrobiłaś inaczej. Vera Eikon to Twoje mroczne alter ego?

Żadne mrocznie alter ego! Ale zacznę od krótkiego sprostowania, że „Hydra” nie była romansem. To wydawca tak tę książkę zkategoryzował. Romans był tam wątkiem pobocznym, a główną osią powieści było poszukiwanie prawdy o sobie i snucie rozważań filozoficznych. Faktycznie - powieść filozoficzna sprzedałaby się jeszcze gorzej niż „romans”.

Kasia Woźniak i Vera Eikon to ta sama osoba. Taka sama osoba. To autorka, która patrzy na rzeczywistość przez soczewkę powiększającą. Soczewka została jedynie zwrócona w innym kierunku.

Spojrzałam na świat brutalniejszy, świat zbrodni, który wydał mi się bardzo interesujący pod kontem socjologicznym i filozoficznym, bo obdziera on człowieka ze wszystkich masek. Dociera do najprawdziwszych emocji, do granic kłamstwa. Paradoksalnie, bo przecież w tym świecie roi się od kłamstwa. I dla mnie, jako obserwatorki rzeczywistości jest to świetna płaszczyzna do pokazania mechanizmów działania kłamstwa czy zbrodni.

Nie zastanawiałam się nad pisaniem kryminałów. To się po prostu stało. Czasami jest tak, że to nie autor wymyśla opowieść, a opowieść znajduje autora. Tak było w tym przypadku. Vera Eikon powstała z przyczyn praktycznych. Mój wcześniejszy dorobek literacki był tak inny od tego nad czym zaczynałam pracować, że zdecydowałam się odkreślić jakoś ten nowy „projekt” jakim jest seria „Między prawami”.


Diane Rose: Czym na co dzień zajmuje się Katarzyna Woźniak kiedy nie morduje ludzi i nie wpędza ich w prochy jako Vera Eikon? Czy to czym się zajmujesz pomaga Ci jakoś w pisaniu?

Na szczęście jako Vera Eikon nikogo ani nie morduję, ani nie szprycuję. Jedynie piszę o tych sprawach.

Moja codzienność jest zwykłą codziennością przeciętnego obywatela. Rano odprawiam dzieci do przedszkola, potem pracuję nad książką, albo nad marketingiem, przerwa na zakupy, potem trochę ruchu (basen, bieganie, rower), odbiór dzieci z przedszkola, spacer, gotowanie kolacji, krzyczenie, że po raz trzeci proszę ich o umycie zębów, no i wieczór - albo czas na relaks, albo jeszcze trochę pracy.

W pisaniu pomaga mi ruch i czytanie.


Diane Rose: Na Twoim profilu czasami pojawiają się zdjęcia ze strzelnicy. Strzelanie to Twoje hobby? Wizyty na strzelnicy zaczęłaś przed rozpoczęciem pisania jako Vera Eikon czy już po?

Strzelectwo, to jeden z kilku prezentów, które otrzymałam od losu dzięki pisaniu kryminałów! Pierwszą wizytę na strzelnicy odbyłam jeszcze w Amsterdamie. Krótko po rozpoczęciu pracy nad „Polowaniem na Wilka”. Doszłam do sceny, w której Proca sięgnął po broń po raz pierwszy i… impas. Nie wiem, co napisać! Nie mam pojęcia jak to działa, jak to się czuje, jak reaguje ludzkie ciało na wystrzał z krótkiej broni palnej! Nie zastanawiałam się za długo - internet, wyszukiwarka, strzelnica. Było to doświadczenie na całe życie, bo miejsce, do którego trafiłam było całkiem różne od polskich strzelnic. Mieściła się ona na piętrze wąskiej, zabytkowej, holenderskiej kamienicy. Typowe wąskie schody przypominające drabinę, dziwne osobistości w środku przyciemnionego pomieszczenia. Jakiś cygan w kowbojskim kapeluszu i szef klubu - niski, łysy Latynos o imieniu Ramon. Wszystkie pistolety rozłożone na widoku. Wybór mały, a dla mnie - jako początkującej - żaden. Ramon wyłożył na stół paczuszkę z 25 nabojami .22lr i zawołał instruktora. Na osiach nie było nikogo. Młody instruktor dał mi małą pogadankę o bezpieczeństwie, uprzedził, że na dole i na górze mają sąsiadów, więc pistolet mam kierować wyłącznie w kierunku kulochwytu, załadował za mnie broń i włożył mi do ręki czarnego rugera. Niewiele się z tej wizyty nauczyłam, bo nic nie było wolno mi zrobić, oprócz naciśnięcia na spust. Ale bakcyl się zaszczepił. Po powrocie do Polski, zapisanie się do klubu strzeleckiego było jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobiłam. Teraz regularnie trenuję strzelectwo bojowe.


Diane Rose: Niedawno opublikowałaś zbiór wywiadów „Cienka granica”. Twoimi rozmówcami są ciekawi ludzi. Profiler Jan Gołębiowski, czy major Tomasz Budzyński. Podtytuł zbioru brzmi: o czym nie wie funkcjonariusz, gdy zaczyna swoją służbę. Opowiesz nam trochę o tym? Skąd pomysł na taki zbiór wywiadów? Swoją drogą zawierający bardzo ciekawe pytania. Jak przygotowuje się takie wywiady? Łatwo jest wniknąć w to środowisko?

Pomysł na ten zbiór narodził się nagle, a jego realizacja była spontaniczna. Wiedziałam, że jeśli nie zadziałam od razu i pozwolę sobie na rozmyślanie jak to zrobić, czy jestem na to gotowa… to się speszę i skończy się na planach. Zaczynając szkolenie strzeleckie, poznałam jednego z instruktorów, który jest byłym policjantem i stał się on moim punktem odniesienia. (To tak, jak pisząc książkę, autor wyobraża sobie projektowanego odbiorcę tekstu.) Zastanowiłam się, jakie podstawowe pytania związane z pracą w policji chciałabym zadać mojemu nowemu znajomemu. Dzięki temu, pytania wyszły bardzo naturalne, powiedziałabym - ludzkie. Miałam też już paru innych znajomych ze świata policyjnego, których zaprosiłam do projektu. Z kilkoma nie wyszło, kilku się zgodziło. Dla różnorodności zaproponowałam udział w rozmowie panu Gołębiewskiemu, którego poznałam przy okazji wykładów organizowanych przez Centrum Psychologii Kryminalnej. Major Budzyński i pułkownik Wroński również sprawili, że ten zbiór się wzbogacił, bo reprezentują oni inny rodzaj służb mundurowych. Taka różnorodność pozwoliła mi na szersze spojrzenie na poruszone tematy.

Praca nad zbiorem była dla mnie bardzo ważnym doświadczeniem. Dotknięciem rzeczywistości, która na co dzień jest dla mnie bardzo odległa. Te rozmowy pomogły mi zrozumieć pare spraw, pokazały oficerów od tej prywatnej, indywidualnej strony. Chciałabym to kiedyś powtórzyć.


Diane Rose: Zbiór wywiadów oraz dokładność informacji, którymi posługujesz się w swojej książce skłania mnie do wniosku, że research jest dla Ciebie ważny. Jak go zbierasz? Posiłkujesz się literaturą fachową, popularną naukową, konsultantami czy po prostu dobrze zmyślasz?

Część zmyślam - w końcu piszę fikcję. Są jednak pewne elementy rzeczywistości, których nie ośmieliłabym się zmienić. Jeżeli na przykład pistolet glock ma określoną budowę i wprowadzenie pocisku do komory nabojowej odbywa się przez odciągnięcie zamka, nie mogę w powieści napisać, że „komisarz wyjął glocka z kabury i odciągnął kurek, przygotowując się do strzału”. Mój komisarz nie może też powiedzieć: „Masz prawo zachować milczenie, a wszystko, co powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie w sądzie”. To zgrabna, kusząca formułka znana nam z amerykańskich filmów, ale niestety ma się ona nijak do polskiej rzeczywistości i naszego prawa.

Research jest dla mnie wymogiem. Bywa trudny i żmudny. Jeśli mam możliwość rozmowy z człowiekiem, który zna się na jakimś temacie, to oczywiście wolę się z nim spotkać, niż wertować tomy kodeksu karnego czy encyklopedii medycznej. Niestety nie zawsze mam ku temu okazję i bywa, że mi się odechciewa tego researchu. Robię sobie wtedy przerwę, zaznaczam fragment do sprawdzenia i idę z historią dalej, wracając do problematycznego miejsca później. Najważniejsze jest dla mnie zachowanie ciągłości pracy. Moja opowieść jest najważniejsza, to, żeby była płynna, realistyczna i ciekawa. Jeśli na jej potrzeby muszę lekko nagiąć rzeczywistość, to zrobię to. Nie jestem obsesyjna w zachowaniu realizmu.


Diane Rose: Przejdźmy już do powieści. Możemy porozmawiać o Alanie Bergu? To postać ciekawa, szczególnie z uwagi na to jak zmienia się w drugim tomie. Opowiesz o niej trochę czytelnikom, którzy jeszcze nie mieli książki w dłoni? Aha…no i wypadałoby wspomnieć jak powstała taka kreacja. Dlaczego komisarz Berg jest taki, a nie inny? :)

Berg nigdy nie był postacią gotową do użytku. On ewoluował i wyłaniał się z tej powieści stopniowo. Ciągle się rozwija. Jak dziecko, które dorasta. Na tym etapie, żyje już własnym życiem i zdarza się, że mnie samą zaskakuje. Zdarzyło mi się już nieraz czytać wcześniej napisany tekst, zatrzymać się na pewnym fragmencie i stwierdzić: „To muszę poprawić! Przecież Proca tak by nie odpowiedział!”

Z założenia miał być niesubordynowanym arogantem z poczuciem humoru. Samotnym wilkiem, który, jeśli trzeba, potrafi przewodzić i motywować innych do pracy. Z toku pisania okazało się, że dla zachowania równowagi, jest też czułym mężczyzną potrzebującym miłości i Boga. Tak że żyje on na krawędzi dobra i zła. To niebezpieczne miejsce dla człowieka, a dla czytelnika - niezwykle ciekawe! Która ze stron weźmie górę?


Diane Rose: Nie mogę o to nie zapytać. Zazwyczaj kiedy sięgamy po kryminał mamy komendę wojewódzką albo miejską, rzadziej powiatową, czasami zwykły komisariat gdzieś na zadupiu. U Ciebie mamy nie tylko Centralne Biuro Śledcze, ale także Centralne Biuro Antykorupcyjne. Dlaczego sięgnęłaś po CBŚ i CBA? Interesują Cię bardziej niż wydziały zabójstw czy wymusiła to na Tobie fabuła?

Konkretne pytanie - konkretna odpowiedź: wymusił to temat. Negatywnym bohaterem powieści jest gang narkotykowy. A kto zajmuje się walką ze zorganizowaną przestępczością? Z pewnością nie komenda miejska.


Diane Rose: Wróćmy jeszcze do bohaterów. Wszyscy są z krwi i kości, a ich kreacje są ciekawe. Jak się tworzy takich bohaterów? Skąd czerpać na nich pomysły? Opierasz ich kreacje na prawdziwych osobach?

Tak samo jak w przypadku Procy - bohaterowie kształtują się w toku powstawania powieści. Wyłaniają się z niej. Dzięki konkretnym scenom i sytuacjom reagują w taki nie inny sposób - nabierają charakteru. Potem, muszę być tylko konsekwentna i bacznie ich obserwować. Zazwyczaj są jedynie kreacjami mojej wyobraźni jednak zdarza mi się sięgnąć po inspiracje z rzeczywistości. Ta jest przecież pełna barwnych postaci i nieszablonowych historii; czasami tak nietypowych, jakby wyjętych właśnie z powieści. Tak było w przypadku Wojtka Justeckiego - bohatera „Przedpiekla”, którego historia została oparta o doświadczenia dziennikarza śledczego Wojciecha Sumlińskiego.


Diane Rose: Jakie masz dalsze plany związane z Alanem Bergiem i spółką? Planujesz kolejne części „Między prawami”?

O tak! Jeszcze nie przejadłam się tą historią i nie znalazła ona jeszcze swojego końca. Trzecia część serii „Między prawami” jest ma już ręce i nogi, ale zanim będzie gotowa do druku, upłyną miesiące! Zaczynam mieć też mgliste pomysły na część czwartą. Ile tomów będzie miała ta seria? Tyle, ile potrzeba do osiągnięcia katharsis - oczyszczenia.


Diane Rose: No dobra, ja milczę, teraz Twoja kolej. Zachęć jakoś osoby, które jeszcze Cię nie znają do sięgnięcia po jedną z Twoich książek :)

Nie będę chwalić tej serii, bo autorowi nikt nie uwierzy. Ale może potencjalni czytelnicy uwierzą innym czytelnikom, którzy znaleźli w moich książkach satysfakcję z czytania! Myślę jednak, że lektura „Między prawami” jest ciekawą alternetywą wobec sztampowych powieści potężnych wydawców, gdzie każda kolejna jest „hitem” i „bestsellerem”. To alternatywa, która nigdy nie znajdzie się na półce w Empiku z napisem „Top 10”, bo nie zapłacę tej księgarni 25 tys. złotych za miejsce na półce. Jeśli ktoś jest ciekawy literatury spoza „głównego nurtu”, którego brzegi rzeźbi pieniądz, to zapraszam do mojego świata!
Previous
Next Post »
0 Komentar

Dziękuję za podzielenie się swoją opinią.
Postaram się jak najszybciej odpowiedzieć :)