O DEBIUTACH POLSKICH SŁÓW KILKA...


Temat debiutów zawsze będzie powracał jak bumerang. Jedni powiedzą, że debiutantów jest zbyt wiele, inni, że za mało. Niektórzy marudzą na to, że na rynku jest zbyt wiele książek, inni narzekają, że wydawnictwa niechętnie patrzą na debiutantów. Są również osoby, które po debiuty polskie nie sięgają w ogóle. 

Istnieją wydawnictwa, które debiutantów lubią, dla przykładu - Novae Res. Wydawnictwo otwarte na debiutantów nie tylko z ofertą współfinansowania, ale także corocznym konkursem na Debiut Roku. Istnieją również wydawnictwa, które debiutantów wydają mniej za to mają do nich niesamowitego nosa, jak choćby Czwarta Strona, ale także takie, które ich się wystrzegają.

Kto ma rację? Zapewne nikt. Warto jednak o debiutach trochę porozmawiać i spojrzeć na nie z bardzo różnych punktów widzenia. Do dyskusji zaprosiłam autorów wydających w wydawnictwie Novae Res oraz kilku blogerów. Was jednak również zapraszam do wyrażenia swojego zdania!


Czy łatwo jest zadebiutować? Nie. Oczywiście jeśli liczymy na współfinansowanie to nie ma problemu. Wysyłając swoją powieść dostaniemy piękny mail, w którym zostaniemy wychwaleni pod niebiosa. No, ale za taką przyjemność trzeba zapłacić. Jeśli nie chcemy to jest trudniej. Wydawnictwa nie mają czasu wszystkim odpisywać, więc czasami czekamy kilkanaście miesięcy na odpowiedź i cóż... i nic, nawet nie wiemy na czym stoimy, chociaż można się tego domyślić. Istnieją również wydawnictwa, które lubią debiutantów i praktycznie wydają ich w przeważającej części, na przykład Videograf, do którego trafiłam i ja. Takie wydawnictwa mają swoje plusy i minusy. Jeśli debiut jest naprawdę dobry to ma oczywiście szansę w większych wydawnictwach, ale konkurencja jest ogromna.

A jak jest z czytaniem debiutów? Lubię debiuty, ale zawsze się ich boję. Nigdy nie wiem czego się po nich spodziewać. Są wydawnictwa, które naprawdę mają nosa, są i takie, którym nie zawsze to wychodzi. Mimo wszystko daję szansę debiutantom. Miło odkryć perełki i pomóc im w jakikolwiek sposób w promocji. Inna kwestia, że sami debiutanci również są różni. Niektórzy mają zbyt wysokie mniemanie o sobie i nie przyjmują krytyki, inni nie wierzą w siebie, a są też i tacy z bardzo zdrowym podejściem. Nigdy nie wiemy na kogo trafimy, ale wszystkich łączy jedno - każdy chce by jego dzieło zostało dostrzeżone i nie ma w tym nic złego.





Ponoć z debiutami jest jak z używkami. Im dłużej o tym myślę, tym więcej prawdy w tym dostrzegam…

Po pierwsze - najlepiej smakują cudze. Wówczas delektujemy się nimi bez obaw, szczęśliwi, zadowoleni, dopingujemy innych, dzięki czemu choć na moment staja się ważni w naszym życiu. Nawet, jeśli nie tyle oni, co ich towar czyli w tym przypadku premierowa powieść.

Po drugie - najtrudniej zacząć. Szukanie dile… znaczy wydawcy może przypominać bezcelowe wędrówki po mniej lub bardziej przyjaznych użytkownikowi zaułkach. Życie przez kilka miesięcy przypomina walkę z wiatrakami, nieustanną pogoń za kimś, kto zaakceptuje nasz nałóg (pisania) i pomoże nam nad nim pracować.

Po trzecie i chyba najważniejsze - uzależniają. I nie dziwota, w końcu po to ktoś je wymyślił. To chyba najważniejszy ich aspekt - zwłaszcza biorąc pod uwagę radioaktywne promieniowanie, dzięki czemu zarówno twórca, jak i jego czytelnicy pragną więcej, pragną jeszcze. Chcą nowej dostawy, oczywiście pełnej świeżego towaru, na który niestety trzeba czekać. 

Ale tak już niemal całkowicie na poważnie - nie palę, nie piję, ale osobiście nie boję się sięgać po nowe, niesprawdzone dotąd specyfiki. Zwłaszcza twarde. Znaczy w twardej oprawie, no. Zawsze można w ten sposób odkryć twórczość kogoś, kto za kilka lat zawojuje dużą część rynku - a nam pozostaje ta satysfakcja, że - jak mawia młodzież - "znałem to, zanim było modne", czytałem autora czy autorkę od samych początków literackiej kariery. Ja tak miałem m.in. z powieściami Magdaleny Knedler (wszystko zaczęło się od trupa, gdy spostrzegłem na okładce, że Pan Darcy - kimkolwiek by nie był - nie żyje) czy Remigiusza Mroza (odkryłem go samodzielnie po premierze "Turkusowych szali" i wnet nadrobiłem trzy wcześniejsze pozycje). I podejrzewam, że takie pełne emocji, przywiązania i pasji historie o odkrytych autorach ma każdy z nas. Zauważyliście, że to w pewnym sensie dzięki debiutantom?

Czy zatem warto dawać debiutantom szanse? Tak! W liczbie mnogiej, kilka a nie jedną? Zdecydowanie! Skoro miliony Polaków wysyłają co tydzień Lotto, próbując oszukać przeznaczenie, czemu nie zagrać w książkową loterię i to w niej szukać zwycięskich, autorskich losów? Czemu nie wypatrywać tam następcy pisarza X czy młodej pisarki Y? Pamiętajmy, że Ci, których dzieła czytamy dziś z zapartym tchem, wypiekami na twarzy czy czymkolwiek jeszcze mamy w zwyczaju, też kiedyś debiutowali. Raz lepiej, raz gorzej, ale mimo to dostali swoją szansę. Na sukces. Nie bądźmy tacy i dajmy ją także innym…


Moja droga od debiutu do teraz była bardzo wyboista i kręta, a nadal nie jest równa i prosta. Zacznijmy od próby znalezienia wydawcy, która nie okazała się jakoś specjalnie trudna, ale wydawanie ze współfinansowaniem (o którym wtedy nie miałam zielonego pojęcia) nie jest takie fajne, jak może się wydawać. Im bliżej premiery tym większe masz oczekiwania, a przychodzi rozczarowanie, bo książka dostępna jest tylko w księgarniach online. Pojawiają się pojedyncze recenzje, a to za mało, by o książce usłyszało większe grono odbiorców. Wtedy zaczyna się walka, krew, pot, łzy. Chwilami idzie się załamać, ale ja walczyłam dalej. Hejterzy, byłe koleżanki uprzykrzające życie i obgadujące treść książki, którą kiedyś wychwalały, a nagle im się odwidziało i porównują debiut do gówna, do bezsensownego wycinania lasów, bo szkoda kartek na druk, do gniota i najgorszej książki w historii świata. Ale każdego dnia sprawdzasz wyniki sprzedaży, egzemplarz do egzemplarza przybywa, odzew z sieci jest coraz większy. Przychodzą dobre słowa, zachwyceni fani, pytania o kolejne książki. Spotykasz na swojej drodze uczciwe i fajne blogerki, które wyciągają do Ciebie rękę i wtedy pojawia się światełko w tunelu. Próbujesz znaleźć kolejnego wydawcę i nagle BUM - udaje się! Twoja druga książka staje się bestsellerem, co zaskakuje i samego Ciebie i zachwyconego Wydawcę, który proponuje Ci dalszą współpracę. Pierwszy Wydawca również wychodzi z propozycją, a wtedy pojawiają się dylematy, co wybrać, co będzie bardziej korzystne? Którą książkę wydać najpierw? I tak, to moja droga od debiutu aż do teraz i wiecie co? Nie żałuję ani jednego dnia, który przeżyłam od tamtej pory, bo to najlepsza lekcja życia jaka mogła mi się przytrafić.




Debiuty to mój konik, można powiedzieć. Od lat prowadzę bloga, portal promujący rodzimą prozę i ostatnio fanpage Pisarka czyta. Lubię czytać debiutanckie książki, polecać je czytelnikom, bo często w gąszczu nowo ukazujących się nowości, można pominąć coś naprawdę wartościowego. Poza tym w tym roku miałam przyjemność zostać członkinią kapituły Literackiego Debiutu Roku i czytałam powieści zgłoszone na ten konkurs, z zadowoleniem zauważając, iż są to naprawdę świetnie napisane książki. 

Sama debiutowałam w styczniu 2010 roku i pamiętam, jak wielka obawa mi wówczas towarzyszyła. Wcześniej, przez kilka lat pisałam tylko dla siebie, do przysłowiowej szuflady, pisanie stanowiło dla mnie ucieczkę od świata, na początku traktowałam to jako hobby, pasję, a wkrótce stało się sposobem na życie. Po trzech miesiącach od rozesłania moich dwóch powieści (Bez przebaczenia i Zakręty losu-tom I), podpisałam pierwszą umowę wydawniczą i tak się zaczęło. Zmiana życia, priorytetów, sposobu funkcjonowania, to było stopniowe, ale idealnie wpasowało się w mój sekretny plan na życie, aby pasja stała się pracą i odwrotnie. 

Czy teraz jest łatwiej debiutantom? Chyba nie, przede wszystkim dlatego, że bardzo wiele postępów poczyniono w zakresie propagowania rodzimej prozy. Zauważam to na licznych spotkaniach autorskich (w ubiegłym roku miałam ich prawie 70, w tym będzie jeszcze więcej), gdzie w Bibliotekach panuje prawdziwy boom na wypożyczanie książek polskich pisarzy. To bardzo dobrze. Ale z drugiej strony podaż też jest olbrzymia, wszyscy chcą pisać, albo już piszą i wydają. Mówi się, że dobra książka obroni się sama, ale jeśli do uznanego wydawnictwa w Polsce miesięcznie spływa około 100 propozycji wydawniczych, to chyba pojęcie bronienia się przez dobrą literaturę mija się nieco z faktami. Dlatego dobrze, że są konkursy, one mają szansę na wyodrębnienie tego, co warto czytać i co warto wydawać. A coż mogę poradzić młodym pasjonatom pisania? Chyba to, aby pisali, nie poddawali się, pracowali nad warsztatem, brali udział w konkursach i wierzyli w to, co robią. Prawdziwa pasja nie umiera, a zawsze może nadejść właśnie ten właściwy czas i nie można go przegapić.




Każdemu piszącemu życzę, aby rozpoczął swoją pisarską karierę od debiutu, jakiego doświadczyłam ja: wygrana w konkursie, gala i nagroda, publikacja Anny May, Targi Książki w Krakowie, Ewa Kasprzyk i Anna Dymna czytające fragmenty powieści…

To spełnienie marzeń młodej pisarki. Nie wszyscy mają jednak tyle szczęścia. Przebicie się z pierwszą książką jest trudne, lecz nie ma to związku z debiutowaniem jako takim, w sensie czysto literackim. Wydawnictwa niechętnie inwestują nawet w dobrych debiutantów, gdyż wiąże się to z ryzykiem poniesienia strat ze względu na ich niewielką rozpoznawalność.

Czytelnicy sięgają po książki, które przyciągają ich tytułem, okładką, tematem. Przykładowa czytelniczka, która preferuje kryminały, będzie poszukiwać książek z wątkiem kryminalnym. To czy sięgnie ona po innego typu książkę, będzie zależało od tego, czy zostanie odpowiednio zainteresowana daną publikacją, czy będzie dostępna w bibliotece lub księgarni, widoczna w mediach. Autor przy pierwszym spotkaniu z książką wielokrotnie nie ma znaczenia, czytelnik zauważa go dopiero, gdy powieść mu się spodobała i chce więcej. Wtedy zaczyna szukać innych jego pozycji, czekać na kolejną powieść.

Zawsze uważałam, że dobra książka obroni się sama. Debiut czy nie – w literaturze liczy się głównie jej jakość. pod warunkiem, że czytelnik ma szanse się z nią zapoznać.








Jako blogerka regularnie otrzymuję wiadomości od debiutantów, którzy w różny sposób zachęcają mnie do przeczytania swojej pierwszej powieści. Nie jestem w stanie przeczytać wszystkich, ale od czasu do czasu zdarza mi się sięgać po debiuty i mogę jasno stwierdzić, że w większości z nich drzemie naprawdę ogromny potencjał. Niektórzy czytelnicy z góry zakładają, że propozycje początkujących pisarzy są mało pomysłowe i mają słaby warsztat, a te polskie na pewno nie dorównują zagranicznym. Oczywiście, w powieściach debiutanckich często pojawiają się błędy redakcyjne, jak również stylistyczne, ale nie zgadzam się z tym, że są one nieciekawe lub gorsze od książek zagranicznych. Sama miałam do czynienia z polskim debiutem, który dosłownie raził po oczach błędami ortograficznymi, a jednocześnie zwalał z nóg świetnym doborem słów, niezwykle wartościowym przesłaniem i zaskakującą kreatywnością samej fabuły. Książka wydana została w małym wydawnictwie i ewidentnie zabrakło w niej korekty – takiego stróża, który zapanowałby nad mnogością błędów… To nie treść książek jest problemem, ale fakt, że początkujący autorzy zazwyczaj całują przysłowiową klamkę, gdy chcą uderzyć do takich wydawców, którzy są w stanie prawidłowo przeprowadzić proces wydawniczy. Obecnie nawet kompletnie nieznane wydawnictwa zasypywane są ofertami i siłą rzeczy odrzucają większość z nich. Jeżeli nawet decydują się na druk – oczywiście symboliczny, bo czym jest kilkaset sztuk? – to zwyczajnie nie mają środków na promocję tytułu. Z moich obserwacji wnioskuję, że polski debiutant musi mieć nie tylko mocną propozycję, bo jakość coraz częściej spada na dalszy plan, ale raczej wbić się w niszę lub trafić na takiego wydawcę, który będzie miał zarówno pomysły, jak i środki na odpowiednią promocję. Przypomnę, że Remigiusz Mróz również zaczynał od wysyłania propozycji recenzenckich do blogerów. Kto by wtedy pomyślał, że w ciągu dosłownie 2-3 lat stanie się on najbardziej poczytnym współczesnym pisarzem w Polsce? A Paulina Świst? Mam wrażenie, że autorka pojawiła się dosłownie znikąd i naraz znalazła się na listach bestsellerów. Myślę, że polscy debiutanci naprawdę mają nas czym zaskoczyć, a ich problemem nie jest słaba jakość, a marne szanse na podpisanie umowy z odpowiednio dużym wydawnictwem. 



Chętnie sięgam po debiuty, gdyż można trafić wśród nich na prawdziwe perełki. A w krótkim czasie udało mi się to już kilkukrotnie. Było tak m.in. z książkami "Uwertura" Adrianny Rozbickiej i oczywiście "Carpe diem" Diany. Dzięki tej ostatniej mogłam poznać jej wspaniałą, przesympatyczną autorkę. Warto dać szansę debiutującym autorom, bo niektórzy piszą tak znakomicie, że gdybym nie miala świadomości tego, że jest to debiut, w życiu bym na to nie wpadła. Tym samym dajemy sygnał wydawnictwom, że warto wspierać debiutantów, dawać im szansę na wydanie pierwszej i kolejnych książek, które mogą być jeszcze lepsze niż ta pierwsza. 


A co Wy sądzicie o debiutach? :)
Previous
Next Post »
0 Komentar

Dziękuję za podzielenie się swoją opinią.
Postaram się jak najszybciej odpowiedzieć :)