"Góry umarłych" - Tomasz Hildebrandt



"Góry umarłych" to doskonały kryminał Tomasza Hildebrandta. Pojawiła się w mediach opinia, która porównuje twórczość tego autora do twórczości skandynawskich mistrzów tego gatunku. Czy słusznie? Czy oby to nie przesada? Głośno krzyknę, że prawda. I kogoś piszącego z charakterystycznymi cechami nordic noir brakowało w polskiej literaturze.

Tytuł: Góry umarłych 
Autor:  Tomasz Hildebrandt
Wydawnictwo: Akurat

"Bieszczady to góry umarłych, tutaj zło jest zakorzenione, odwieczne, nigdy nie zostało wykarczowane ani wypalone. I potrzebuje niekiedy ofiar, niewinnej krwi."

 Nadkomisarz Andrzej Bondar, przez kolegów nazywany ironicznie Bondem, przyjeżdża z Rzeszowa zweryfikować toczące się śledztwo zaginięcia małego chłopca w Cisnej. Początkowo nic nie wskazuje na błędy popełnione przez miejscową policję. Jednak im bardziej nadkomisarz poznaje środowisko, wtapia się w społeczność, tym bardziej coś mu zaczyna nie pasować. Pojawiają się kolejne zwłoki, szczątki pomordowanych przez UPA. Sieć powiązań, intryg i milczenia miejscowej ludności sprawiają, że nadkomisarz wysnuwa coraz to nowe wątki w śledztwie. Do czego to doprowadzi? Czy rozwikła zagadkę zniknięcia chłopca? I czy sam upora się ze swoimi demonami przeszłości? 

Ale akcja książki nie tylko toczy się w teraźniejszości. Każdy nowy rozdział rozpoczyna list z drugiej połowy roku 1945. Listy adresowane są do Anuli i opisują wydarzenia z czasów działalności UPA i Akcję Wisła. W jaki sposób wiążą one się z teraźniejszością opisaną w książce? Co łączy je z głównym bohaterem? Jeśli chcecie poznać odpowiedź na te i wiele innych pytań - koniecznie przeczytajcie "Góry umarłych".

Andrzej Bondar - niepokorny policjant, który swoim sposobem bycia od razu skojarzył mi się z niejakim Harrym Holem z powieści kryminalnych Jo Nesbo.  Uważam, że ich podobieństwo jest uderzające, jeśli chodzi o charakter i sposób prowadzenia śledztwa czy niekonwencjonalnych metod przesłuchań świadków. Myślę, że nie każdemu spodoba się główny bohater, bo potrafi być irytujący, odpychający i wredny. Jednak jeśli ktoś jest miłośnikiem literatury skandynawskiej tego gatunku, to polubi i tego bohatera.

Umieszczenie akcji w Bieszczadach sprzyja oddaniu dusznej atmosfery otoczonej górami wiosek, zamieszkanych przez wyrzutków społecznych czy różnych outsiderów. Autor pokazuje tu typowe dla tamtych regionów zamknięte wspólnoty, które rządzą się swoimi prawami, gdzie zemsta góruje ponad prawem, a mieszkańcy pilnie strzegą swoich sekretów. Wrażenie wyobcowania nadkomisarza potęguje też umierająca przed zimą przyroda, a także aura. Tutaj nie świeci słońce, a jedynie wieje przeraźliwie zimny wiatr, leje deszcz czy świat jest spowity przez gęstą mgłę. Szary, jesienny krajobraz pełen błota i kikutów drzew idealnie oddaje grozę powieści, ukazuje Bieszczady jako siedlisko zła i opętania. Dla Bodnara Bieszczady to przedsionek piekła.

Wplecione w akcję książki wątki z przeszłości nieustannie przeplatają się z teraźniejszością. Rozgrywające się wydarzenia zdają się bezpośrednią konsekwencją wypadków, które miały miejsce tuż po zakończeniu  II wojny światowej.  Czas jest tutaj jakby autonomiczną przestrzenią, która więzi bohaterów i kieruje ich czynami. A opisane w książce wydarzenia sprzed kilkudziesięciu lat miały faktycznie miejsce.

Autorowi należy się również pochwała za znajomość opisywanych terenów, a przecież sam mieszka na drugim końcu Polski, a także za posługiwanie się gwarą. Podnosi to walory językowe książki.

Wiem, że nie wszystkim kryminał ten, choć sam autor twierdzi, że bliżej powieści do thrillera psychologicznego, przypadnie do gustu. Nie każdy lubi taki styl. Ja jednak jestem zachwycona. I gorąco polecę "Góry umarłych" wszystkim, a przede wszystkim tym, co gustują w kryminałach skandynawskich.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu:



Previous
Next Post »
0 Komentar

Dziękuję za podzielenie się swoją opinią.
Postaram się jak najszybciej odpowiedzieć :)