Sylwia Bachleda - Pocałunek cesarza



„Pocałunek cesarza”. Dziewiętnastowieczny romans, wypełniony zdradą, intrygami i walką o serce ukochanej. W tle Francja z wyeksponowanym Wersalem w czasach burzliwych i przewrotnych. W czasach, kiedy na tronie zasiadał ostatni władca Francji – Napoleon III. Co więc mogło pójść źle?

Tytuł: Pocałunek cesarza
Autor: Sylwia Bachleda
Wydawnictwo: Novae Res

Chyba nigdy nie nauczę się nie ufać ładnym okładkom. Co prawda na zdjęciach mogę zaprezentować Wam jedynie egzemplarz recenzyjny, ale przyznacie, projekt okładki jest prześliczny. Dodatkowo opis „Dziewiętnastowieczna Francja…” stop – XIX wiek? To ja już jestem kupiona. Jak wiecie albo i nie z poprzedniej recenzji bardzo lubię dziewiętnasty wiek i z wielką przyjemnością zaczytuję się w książkach, których akcja jest osadzona w tych czasach. Nic więc dziwnego, że ta historia miłosna o kopciuszku bardzo mnie zaintrygowała. Po zakończonej lekturze w mojej głowie kołatały się tysiące różnych myśli. Byłam zaszokowana, oszołomiona i zdezorientowana. I niestety nie było to w tym dobrym znaczeniu.

„Pocałunek cesarza” jest powieścią dość specyficzną. Gdybym miała zakwalifikować tę powieść, to chyba bym stwierdziła, że bliżej mu do takiego typowego harlekina. Myślę, że to określenie idealnie opisuję tę książkę. Ja spodziewałam się po niej więcej, dlatego moja recenzja będzie może trochę ostra, ale jednak oceniająca tę historię jako próbę stworzenia powieści miłosnej osadzonej w klimatach dziewiętnastowiecznej Francji. Natomiast wszystkich Was od razu informuję – „Pocałunek cesarza” jest harlekinem i jeżeli tego typu powieści bardzo lubicie, to myślę, że możecie podarować sobie resztę tej recenzji. Natomiast resztę z Was zapraszam do lektury! :)

„Jego pocałunek był jak prezent za wszystkie wyrządzone mi krzywdy. Był delikatny, ale i gorący. Słodki i gorzki. Był obietnicą, że wszystko skończy się dobrze. Nie chciałam oderwać się od tych ust. Gdy mnie całował, znikały wszystkie problemy i troski.”

Ogromnym zaskoczeniem było dla mnie to, że autorka stworzyła całkowicie alternatywną historię, bowiem „Pocałunek cesarza” z jakimikolwiek wydarzeniami historycznymi nie ma nic wspólnego. Jedyna rzeczą, która się zgadza jest postać papieża - Piusa IX, który rzeczywiście w latach, w których ma miejsce akcja, sprawował urząd głowy Kościoła. Dlatego więc, nie sugerujcie się mocno, tak jak ja, określeniem „dziewiętnastowieczna Francja”, bo niestety to, co dzieje się na łamach tej powieści z tym okresem nie na wiele wspólnego. Tym samym mamy do czynienia z bardzo dużym kuriozum, ponieważ w recenzowanej przeze mnie ostatnio serii fantastycznej, znacznie lepiej zostały oddane realia dziewiętnastego wieku , niż w bazującej na historii naszego świata (chyba?) tej kobiecej powieści. Nie wiem, czy jest to zamierzony zabieg, czy też absolutna ignorancja, ale nie wypadło to dobrze.

Bohaterom „Pocałunku cesarza” poświęcę znaczną część tej recenzji z dwóch powodów. Po pierwsze to oni powinni być głównymi filarami tej historii, a po drugie zostali skonstruowani w tak rażąco zaskakujący sposób, że wydają się być nierealni. Dlatego wierzcie mi, jest o czym pisać. Zacznę od Charlotte, głównej bohaterki „Pocałunku cesarza”, która nieszczęśliwie, jak by nie patrzeć, znalazła się w czworokącie miłosnym. Samo jej zachowanie było tak rażąco nieodpowiednie i nieprzyzwoite, że z trudem czytało mi się o jej poczynaniach. Jest to bohaterka całkowicie zapatrzona w siebie. Udaje, że dba o innych, gdy tak naprawdę zależy jej jedynie na własnym komforcie i przyjemnościach. Jej rzekoma troska o innych nie wynika z prawdziwej altruistycznej potrzeby, a jedynie z udowodnienia sobie samej, jaka to jest dobra i kochana. Jej absolutny brak logicznego i perspektywicznego myślenia kreuje wiele niepotrzebnych i żenujących sytuacji. Sama bohaterka ma duże skłonności do wyolbrzymiania i przesadnego dramatyzowania. Przez dużą część powieści zastanawiałam się, czy Charlotte jest rzeczywiście panną z dobrego domu, czy może wiejską dziewczyną ze skłonnościami do lekkich obyczajów.


Z postaciami męskimi nie jest niestety dużo lepiej. Cesarz Aleksander jest postacią całkowicie fikcyjną. Nie dopatrujcie się w nim portretu jakiegokolwiek władcy, ponieważ to oczywiście, jak to w romansach bywa, opływający seksem przystojniak z DRAPIEŻNYM uśmiechem (wybaczcie mi te wielkie litery, ale „drapieżny uśmiech Aleksandra” pojawia się tak często w tej książce, jak motylki w brzuchu Anastasii Steele aka Grey). Jest to mężczyzna, który dzierży w swoich rękach ogromną władzę, jednakże jest to władza moim zdaniem jedynie na papierze, ponieważ on w kierunku sprawowania władzy, tak właściwie, nic nie robi. A jeżeli już zdarzało mu się coś zrobić, jak choćby pojechać gdzieś tam po coś tam, to jest to tak absurdalne i pozbawione sensu, że powodowało to u mnie ogromne zażenowanie.

Kolejnym członkiem zacnego czworokątu jest Franciszek. Postać absolutnie blada i niewymiarowa, którą właściwie charakteryzuje całkowita ślepa miłość do głównej bohaterki. Jedynym bohaterem, który wypadł w moim odczuciu najlepiej, był Victor – pierwszy ukochany naszej Charlotte. Bez wątpienia czytelnik mógł odnieść wrażenie, że jest to mężczyzna z XIX wieku. Oddany służbie swojemu władcy, wierny swojej ukochanej, szukający dla niej jak najlepszych warunków, gotowy do największych poświęceń – mężczyzna wręcz idealny, choć nie pozbawiony również pewnych wad, jak choćby chorobliwa zazdrość o główną bohaterkę. Bardzo mi się podobało, że on potrafił wytknąć bohaterce jej rozwiązłe zachowanie i to, że nie potrafi poświęcić się dla miłości. Jedyny głos rozsądku w tym szaleństwie!

„ – Naprawdę chciałaś ze mnie zrezygnować tylko dlatego, że byłoby Ci łatwiej? A gdzie poświęcenie dla miłości? Kiedyś mówiłaś, że zawsze będziemy razem bez względu na wszystko… A teraz?”

Również muszę zaznaczyć, że „Pocałunek cesarza”, którego akcja przez dość dużą część dzieje się na Wersalu, jest wyjątkowo pusty. Przejawia się to ubogim wachlarzem bohaterów, których jest, jak na takie królewskie klimaty, zdecydowanie jest za mało! Nie wiem, czy jest to kwestia tego, że bohaterka, przez oczy której oczy obserwujemy świat, nie widzi więcej niż czubek własnego nosa, czy może przejawia się tutaj ogromne pójście na łatwiznę samej autorki. Ja rozumiem, że akcja skupia się przede wszystkim na trójkącie, a nie stop – czworokącie miłosnym, ale jednak trochę więcej tych bohaterów wypadało moim zdaniem tu umieścić.


Na początku raziły mnie bardzo mocno dialogi między bohaterami, jak i monologi bohaterki. Za nic nie uwierzę, że tak w dziewiętnastym wieku zachowywali się ludzie. Autorka uwspółcześniła wszystkie wypowiadane przez bohaterów kwestie (chwila, w której bodajże cesarz mówi „ano” rozłożyła mnie na łopatki) oraz ich zachowania, co mając na względzie czas akcji wypada dość niesmacznie, zwłaszcza jak czytamy o postępowaniu głównej bohaterki… 

Skłamałabym gdybym Wam napisała, że powieść tę czyta się źle. „Pocałunek cesarza” czyta się wbrew wszystkim absurdom dość dobrze, dlatego tak bardzo nie mogę przeboleć tej absolutnej naiwności w wykreowanym przez autorkę świecie, niedopracowania powieści oraz absolutnego braku dobrego oddania realiów panujących w XIX wiecznej Francji, nie wspominając już o ala współczesnych zachowaniach bohaterów. Jeżeli jednak potrzebujecie absolutnego odmóżdżacza z przerysowanym romansem na głównym planie to myślę, że „Pocałunek cesarza” Wam się spodoba i nawet może sięgnięcie po drugą część, która siłą rzeczy chyba się pojawi. Jest to, moim zdaniem, taki typowy harlekin, więc jeżeli odpowiadają Wam tego typu klimaty, to śmiało sięgnijcie po powieść Sylwii Bachledy.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Novae Res!



Previous
Next Post »

INFORMACJA

Na blogu korzystamy z zewnętrznego systemu komentarzy Disqus. Więcej na ten temat znajdziesz w §3 Polityki Prywatności Bloga.
0 Komentar

Dziękuję za podzielenie się swoją opinią.
Postaram się jak najszybciej odpowiedzieć :)