Tarryn Fisher - Bogini niewiary. Ateiści, którzy modlą się i klęczą



Niektóre książki przychodzą do nas niespodziewanie. Niczym niezapowiedziane wkradają się do naszego życia i próbują robić małe przemeblowanie, mimo że nic je tak właściwie z pozoru nie wyróżnia. Jestem zdania, że na niektóre książki musi przyjść odpowiedni czas, a nawet i miejsce. Historie, które pochłaniamy odbieramy różnie na innych etapach naszego życia. Książka, która w innym czasie nic by dla nas nie znaczyła, w innym momencie może być katalizatorem do pewnych refleksji, a nawet zmian. Taką książką była dla mnie ostatnio „Bogini niewiary. Ateiści, którzy modlą się i klęczą”. Może nie przeprowadziła ogromnej rewolucji w moim życiu, ale skłoniła mnie do przemyśleń i ugruntowała mnie w tym żebym wierzyła w miłość.

„Nie da się odzyskać utraconej wiary.”

Tytuł: Bogini niewiary. Ateiści, który modlą się i klęczą
Autor: Tarryn Fisher
Wydawnictwo: Sine Qua Non

„Znajdowałam się w samym środku kryzysu egzystencjalnego, a on brał mnie w posiadanie. Jak mógł pozwolić sobie na taką szczerość? To było tanie, a ja dałam się kupić, bo tak naprawdę większość z nas po prostu pragnie, by ktoś nas chciał.” 

Jest to moje pierwsze spotkanie z prozą Tarryn Fisher i już na wstępie napiszę, że na pewno nie ostatnie. Słyszałam wcześniej o innych tytułach autorki takich jak zachwalana „Bad mommy”, czy też „Margo”. Jednak nigdy nie miałam okazji żeby zapoznać się z jakąkolwiek książką spod jej pióra. W końcu w moje czytelnicze rączki wpadła ostatnio jedna z jej najnowszych, a na polskim rynku wydawniczym najnowsza, powieść. Już na początku ostrzegę Was, że następne trzy akapity poświęcę książce bez zdradzania jej fabuły, ale w następnych akapitach będę wypowiadać się w kontekście całości, ponieważ moim zdaniem bez zdradzenia tego głównego problemu może umknąć mi przesłanie jakie niesie historia Yary.

„Jak często okłamujemy się, że na czymś nam nie zależy, kiedy prawdziwe jest coś zupełnie przeciwnego?”

Yara jest tragiczną muzą, wędrującą po świecie, inspirującą artystów i łamiącą im serca. Nie wierzy w miłość, dlatego nigdy nie pozwala sobie zostać w danym miejscu dłużej niż to konieczne. Musi odejść, zerwać łączącą ją więź póki jeszcze ma kontrolę nad sytuacją. David jest artystą poszukującym inspiracji. W jednym z barów w Seattle odnajduje wędrowną bogini i wie, że odnalazł w końcu kogoś, kogo szukał.

„Młodzi ludzie traktują miłość jak akcesorium, a nie kwestę życia i śmierci. Miłość was bawi, zakochujecie się w samej idei miłości. Piszecie o niej wszystkie piosenki i książki, ale nie macie pojęcia jak ją przeżyć. Miłość to nie jest część większej rzeczy. Miłość to miłość.”

Początek może wydawać się zapowiedzią jednego z tych romansów, w których mamy dwóch bohaterów mających całkowicie odmienne zdanie o miłości. I nie jest to do końca nieprawda. Jednakże to, co zrobiła w swojej powieści Tarryn Fisher, ukazując czytelnikowi uzasadnienie i przyczynę pewnych okoliczności, zaważyło  na wyjątkowości tej historii. Sprawiło, że jej historia nie znajdzie się na półce zwykłych romansideł, ale  trafi do działu z książkami, które potrafią jednak nakłonić czytelnika do refleksji i spojrzenia na pewne rzeczy z całkowicie innej perspektywy.


„Łatwiej nam się rozmawia metaforami. To jak mówienie prawdy bez mówienia prawdy. W ten sposób można rozmawiać wyłącznie z artystą. Nikt inny by tego nie zrozumiał.”

Książkę czytało mi się bardzo dobrze. Styl autorki idealnie wpasował się w moje gusta czytelnicze, a sama historia mimo że z pozoru mogłaby się wydawać niezbyt ciekawa pochłonęła mnie bez reszty. Na uznanie zasługuje również bardzo dobre tłumaczenie, które świetnie oddało ducha tej powieści. Bardzo lubię książki, które zaskakują mnie nieprzewidzianymi zwrotami fabularnymi, ale również bardzo cenię sobie powieści, które przede wszystkim skupiają się na konkretnej jednostce lub jednostkach i, jakkolwiek by to kolokwialnie nie zabrzmiało, wchodzą im do głów. Taką powieścią  jest właśnie „Bogini niewiary” i mimo że autorka w większości skupiła się na Yarze, to przyznam szczerze nie wpłynęło to negatywnie na odbiór tej powieści. Moim zdaniem najsłabszym punktem tej historii jest David. Choć dostajemy parę rozdziałów, które napisane są z jego perspektywy, to autorka nie zagłębia się za bardzo w jego psychikę, a szkoda!



UWAGA – teraz pojawią się akapity, które mogą zdradzić fabułę, więc jeżeli jeszcze nie czytaliście „Bogini niewiary” to czujcie się ostrzeżeni i zmykajcie!

„Jak często okłamujemy się, że na czymś nam nie zależy, kiedy prawdziwe jest coś zupełnie przeciwnego?”

Postanowiłam podzielić moją recenzję na te dwie części, ponieważ czuję, że nie mogę z Wami w pełni porozmawiać o tej książce bez omówienia pewnej kwestii, która chcąc czy nie chcąc rzutuje na całą fabułę tej powieści.

„Moja twarz to nie wszystko. Miałam dość słuchania, jaki potencjał we mnie drzemie. Mogłam być tym, kim tylko chciałam, a teraz chciałam być barmanką. Piękno bywa zdradliwe, tak samo jak karty kredytowe. Wydawało się, że są darmowe, ale miały wysoki procent.”

Chylę czoła przed Tarryn Fischer za świetny profil psychologiczny bohaterki. Jako czytelnik całkowicie uwierzyłam Yarę. Zrozumiałam ją i czułam jej ból, który trzymała ukryty od dziecka w swoim sercu. Już na początku tej powieści autorka nakreśla nam na czym polega problem Yary. Została wychowana bez miłości. W dzieciństwie non stop żebrała o uwagę matki, która będąc pochłoniętą własnymi problemami odtrącała córkę jak tylko mogła na każdym kroku. Nie trudno jest wobec czego dziwić się tym patologicznym relacjom, w które wciąż wchodziła bohaterka. Nic dziwnego, że przestała wierzyć w miłość, a w wszelkich relacjach damsko-męskich, w które wchodziła była w roli koniecznej ofiary do poniesienia w imię sztuki. Mimo że przez cały czas krzywdziła i dawała się krzywdzić, to działała w imię sztuki myśląc, że naprawia złamanych artystów będąc dla nich odpowiednią muzą, tak jakby im to była winna. Prawdziwa bogini niewiary. Bogini, która nie wierzy w miłość. Kobieta, która nie dostrzegła, że jej toksyczna relacja z matką rzutowała na całe jej życie utwierdzając ją w błędnym przekonaniu, że nie zasługuje ona na uczucie.


„Problemem byłam ja czy ona? Dlaczego postanowiła, że nie będzie moją matką? Nie kochała mnie? Nie wiedziałam, bo nigdy jej o to nie zapytałam. Duma ma to do siebie, że czyni nasze serca krótkowzrocznymi.”

Końcówka powieści, mimo że moim zdaniem naiwna i przesłodzona, wywołała u mnie wzruszenie. Tarryn Fisher przywraca czytelnikowi wiarę w dobre zakończenia pokazując, że nigdy nie jest za późno na zrozumienie, przyznanie się do błędów i na uzdrowienie ludzkich relacji i duszy. W miłość trzeba wierzyć.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu SQN!



Previous
Next Post »

INFORMACJA

Na blogu korzystamy z zewnętrznego systemu komentarzy Disqus. Więcej na ten temat znajdziesz w §3 Polityki Prywatności Bloga.
0 Komentar

Dziękuję za podzielenie się swoją opinią.
Postaram się jak najszybciej odpowiedzieć :)